9 kwietnia 2016

Zimowa stokrotka + bonus dla chętnych

Dzień dobry wszystkim :)

Nie wiem czy wiecie, ile potrafi zmienić się w zaledwie dwa miesiące...

Po pierwsze - szablon ( jeszcze raz dziękuję  niezastąpionej Miki


Po drugie i następne ...

W moim ostatnim poście pisałam o czekających mnie na początku marca konkursach kuratoryjnych. Otóż po naprawdę wielu turbulencjach, kłótniach, odwołaniach (tak jak w zeszłym roku brakowało mi jednego punktu do wymaganego progu) udało się - mam upragniony tytuł laureata! Muszę przyznać, że jestem niesamowicie szczęśliwa. Myślę, że to najlepszy dowód, że mimo przeciwności nigdy, przenigdy nie należy się poddawać :) Oprócz tego start w tegorocznych finałach przyniósł jeszcze kompletnie inną, pozytywną niespodziankę... Do wszystkich wahających się nad wzięciem  udziału w olimpiadach - warto :)

Tymczasem mogę powiedzieć, że w szkole, mimo szybko zbliżających się egzaminów, mam względny luz. Póki co moim głównym zajęciem jest odsypianie ostatnich ciężkich miesięcy, ale myślę, że już niedługo powinnam skończyć ten mozolny proces i zacząć normalnie funkcjonować ( czyli więcej pisać).

W kwestii kolekcji niestety nadal zastój - zarówno jeśli chodzi o nowe nabytki, jak i modelowe sesje. Ale to też powinno się niedługo zmienić.
W najbliższym czasie postaram się też nadrobić trochę Wasze blogi, no i oczywiście lepiej poznać nowych obywateli blogosfery ^^

Co do zmian dotykających moją skromną osobę  - mając ostatnio uświadomiłam sobie, jak bardzo różni się zeszłoroczna Malia od dzisiejszej. Jestem ciekawa, czy Wy też macie takie wrażenie?

Aha, jeszcze w ramach ogłoszenia - szukam osób słuchających nałogowo Aerosmith! Proszę się natychmiast ujawnić, bo póki co mam wrażenie, że jestem jedyna :P

Tymczasem przejdźmy już może do zasadniczego tematu dzisiejszego posta, zwłaszcza że jego główna bohaterka dość długo naczekała się na oficjalne przedstawienie światu. Oto Daisy - custom mojego autorstwa!





Po...


... ale  i przed


Daisy to owoc mojej pierwszej walki z suchymi pastelami - walki mozolnej i trudnej, prowadzonej trochę w stylu partyzanckim. Ale zanim o samym procesie malowania i jego wyniku, skupmy się choć na chwilę na wybranej przeze mnie ofierze - bułanej klaczy Quarter Horse firmy Breyer. Jest to mold w skali Classic (1:12), autorstwa zapewne dobrze Wam znanej Kathleen Moody.



Sama rzeźba moim zdaniem laika nie jest obarczona żadnymi szczególnie rażącymi wadami anatomicznymi. Prezentuje konia w lżejszym typie - w porównaniu z Cześkiem mięśnie klaczki nie robią  piorunującego wrażenia, chociaż zostały zaznaczone w takich miejscach jak okolice szyi, zad i łopatki. Osobiście wydaje mi się, że te miejsca rzeźbiarka mogłabym jeszcze dopracować, dokładając do tego lekkie poprawki przednich części nóg, uszu i dołu głowy (widać tam też , ale mimo wszystko całość wygląda nieźle. Bardzo podoba mi się za to krótka grzywa quarterki, nisko osadzony ogon i typowość mocnych nóg. Poza tym ma dopracowane części, o które mało kto w modelarstwie dba - brzuch i podogonie. Miłym akcentem jest także obecność strzałek pod wszystkimi kopytami. Kasztany musiałam już domalować sama...


Na bardzo duży plus można zaliczyć pozę figurki - spokojny harmonijny, typowo westernowy stęp. Łatwo wyobrazić sobie klacz niespiesznym, ale pełnym gracji ruchem przemierzającą padok, jadącą pod jeźdźcem niedawno zarażonym pasją do westa, lub rozluźniającą się przed zawodami.

Co do malowania...


Jak wspomniałam we wstępie, na zdjęciach widzicie moją pierwszą próbę malowania z użycie suchego pigmentu (sproszkowane suche pastele, fiksatywa itd.). Natchniona przez dziewczyny z forum i jednocześnie moje wzory jeśli chodzi o modelarstwo twórcze. Tak więc, pewnego wakacyjnego jeszcze dnia,  pełna entuzjazmu i nadziei, zabrałam się do pracy.

Aż dziwne, jak szybko cały świat wokół nas może przybrać kompletnie inne niż zazwyczaj barwy! Już po pierwszej godzinie malowania moje życie obróciło się  w żółcienie i brązy, gdzieniegdzie przetykane pomarańczem. Ta sama przypadłość dotknęła stół, ławkę i całe otoczenie. A później pojawiły się zacieki. Potem jeszcze trochę zacieków. I gdy już wszystko wokół ciekło, los stwierdził że teraz może być już tylko lepiej :P


Abstrachując od poczynionych przeze mnie szkód, jestem bardzo zadowolona, że zdecydowałam się trochę porozwijać swoje ubogie zdolności manulane (już robię plany na przyszły rok). Czy Stokrotka zyskała, czy straciła na przejściu przez moje łapy? To już ocenicie sami :)


Nawiązując do drugiej części tytułu - dla szczególnie wytrwałych masochistów-niedobitków mam jeszcze jedną niespodziankę. Oto następny fragment mojej radosnej twórczości, kolejna stworzona dla krwiożerczej polonistki "esejowatości". Chyba nigdy jeszcze nie pisałam niczego aż tak długo. Ale, już po półtora roku jest z nami - mój kolejny esej.

Trudna miłość
Z okien mojego pokoju bardzo dobrze widać całą sąsiednią aleję.  Pobieżny wzrok  niezaangażowanego obserwatora nie zauważy tu nic nadzwyczajnego – ot, skupisko popularnych w tej dzielnicy małych domków stojące przy  wymagającym pozimowego remontu bruku oświetlonym anemicznymi latarniami. Uliczka jest wąska, ślepa i monotonnie prosta. Jednak ja  kolejną już wieczorną godzinę spoglądam w jej stronę,  zupełnie jakby poza tym niewyróżniającym się fragmentem ciemności  nie było innego, ciekawszego świata. Stłamszony przez okrutne serce mózg znów każe bezwolnym oczom szukać czegoś, na czym mogłyby beznamiętnie zawisnąć. Późna pora nie wróży jednak sukcesu. Moje ciało ma już ochotę przeciągle ziewnąć, dając upust nudzie, gdy nagle jest! Ruch jaśniejszego fragmentu ciemności w podcieniach jednej z  drewnianych kanadyjek przyciąga moją uwagę. Podążając za nim wzrokiem, już po chwili widzę znajomego kota w jego pełnej, łaciatej okazałości.
Nie ma chyba na świecie osoby, która choćby raz w życiu nie miała do czynienia z indywiduum tak specyficznym jak kot. Drogi naszych dwóch gatunków krzyżują się właściwie od  samego zarania dziejów – według naukowców pierwsze kocio-ludzkie rodziny zaczęły powstawać około 9500 lat temu. Od tego czasu drapanie kocich wąsów po policzku zostało stałym elementem ludzkiej codzienności . Tym samym mruczki zapewniły sobie też poczesne miejsce w bardziej duchowych sferach naszego świata. Od wieków bywały pupilami bogów od gorącego Egiptu aż pod mroźną Skandynawię. Szczególnie upodobawszy sobie podawanie się za postać wszelkich bogiń płodności, budziły mir i szacunek w społeczeństwie pokornych wyznawców. Za zabicie starożytnego mau groziła nawet kara śmierci. Wśród potomków dzisiejszych Skandynawów, wierzących w mitologię nordycką, pozbawienie życia czarnego kota – wysłannika patronki spraw miłosnych, Freyi -  również było karalne. Wyraźnym dowodem szacunku, jakim dawni ludzie otaczali koty,  jest także postawa największego proroka islamu – Mahometa.  Ten pełen charyzmy, potężny przywódca mówił ponoć, że „… wolałby odciąć rękaw ze śpiącym kotem, niż go obudzić…”1.
Dopiero w późniejszym średniowieczu mruczki straciły dawniejszą  estymę, będąc uważanymi za pomocników czarownic. Myślę , że takie konotacje mogły być związane z aurą tajemniczości, bez której żadne kocisko nie wyruszy na spotkanie nowego dnia.
Wszak z czym najbardziej kojarzą nam się koty? Czyż nie jest to niezależność,  sławetna umiejętność chodzenia własnymi ścieżkami, czasami wręcz ciągłe kocie „stawianie na swoim”? Ta ostatnia cecha sprawia, że spora część właścicieli mruczków przyznaje, iż  życie z ulubieńcami może być uciążliwe i pełne drobnych międzygatunkowych sporów. Mimo to wszyscy zgodnie przyznają, że życie bez niesfornych podopiecznych byłoby szare i nieciekawe. Pogląd ten promują również pisarze.
Jednym z moich ulubionych kocich tekstów jest wiersz Julii Hartwig „Kot Maurycy”. Przedstawiony w tekście czworonogi indywidualista „… nie schlebia nikomu i jest nieugięty w swoich chęciach..”2.  Nie jest łatwym współlokatorem, wprowadza w domu nieporządek, „… wskakuje na stół…”, przeszkadza swym ludziom w posiłkach. Być może, czytając o wybrykach kocura, zaczniemy zastanawiać się, za co właściwie jest on przez swych właścicieli tak kochany? Odpowiedź na to pytanie jest prosta, acz niejednoznaczna. Zna ją każdy, kto kiedykolwiek zaznał oksymoronicznego wręcz uczucia miłości naznaczonej trudnościami.
Cóż ma na przykład zrobić człowiek bez pamięci zakochany, gdy obiekt westchnień, biorąc jakby przykład z  literackiego Maurycego, „… obojętny jest na nakazy i pieszczoty…”? Liczne przykłady z życia codziennego, a także literatury, pokazują nam, że nie da się zmusić nikogo do kochania. W beznadziejnej sytuacji miłości nieodwzajemnionej nie pomoże  wrażliwość Petrarki, szalone oddanie dzikiego Bohuna, ani piękno greckiej Kalipso. Większość więźniów takiego niespełnionego uczucia w końcu poddaje się, szukając nowego obiektu westchnień  lub zamykając się w samym sobie. Część jednak na zawsze pozostaje niewolnikami okrutnego serca.
Jeszcze więcej wątpliwości może budzić pozornie pozytywny brak odrzucenia. Modny ostatnio na psychologicznych salonach problem miłości toksycznej znany był już od wieków. Jak inaczej można wszak określić relację łączącą sławnych już bohaterów „Lalki”  Bolesława Prusa – Izabelę Łęcką i Stanisława Wokulskiego. Uczucie bohaterów zamiast wzmacniać i pomagać im wspólnie walczyć z prozą życia, wprowadza w ich świat zamęt i zniszczenie. Piękna Izabela od czasu pamiętnego spektaklu w teatrze  jest dla Wokulskiego głównym sensem życia, czynnikiem nadającym mu kierunek i głównym motorem działania. Dopiero po latach oddany mężczyzna zaczyna zauważać egoizm i oziębłość ukochanej. Jednak jest już za późno na wyrwanie się z objęć toksycznej miłości.
Przyjmijmy jednak, że znajdujemy na swej drodze miły i co więcej  przychylny   nam obiekt,  który moglibyśmy obdarzyć miłością. Czy mamy wtedy gwarancję trwania w miłosnej idylli do końca wspólnych dni? Niestety, disneyowska wizja szczęśliwych zakończeń nie zawsze sprawdza się w prozie życia. Wbrew powszechnemu wśród optymistów mniemaniu istnieją przeszkody nie do pokonania nawet przez kochanków.
Spójrzmy chociażby na przesławnych werończyków – Romea i Julię. Mimo siły łączącego młodych uczucia otaczające ich nieprzyjazne środowisko doprowadza młodych kochanków do ostateczności – odebrania sobie życia.
Dobrze – powiemy – ale wszak to wszystko zdarzyło się tak wiele wieków temu! Teraz – stwierdzimy – to nie byłoby możliwe. Przecież chronią nas normy społeczne i prawne, powszechna tolerancja i niezależność jednostki!   Jednak czy ta pewność jest aby uzasadniona? Jakie jest więc rozwiązanie problemów islamskich, hinduskich czy nawet europejskich  kobiet zakochanych w niewłaściwych mężczyznach? Co mamy doradzić młodzieńcom, nieakceptowanym przez pozbawioną skrupułów rodzinę wybranki? Co powiedzieć szykanowanym nawet w naszym pozornie liberalnym środowisku osobom o odmiennej orientacji seksualnej? Czyż wolno nam, postronnym widzom, sądzić o wartości uczucia będącego wyłączną własnością określonej dwójki osób?
Zagrożeniem dla łatwości osiągnięcie miłosnego szczęścia  bywają jednak nie tylko ludzie. W jednej z najbardziej przejmujących książek Doroty Terakowskiej, „Poczwarce”, opisano trudną relację Ewy – matki-perfekcjonistki i Myszki, córki chorej na zespół Downa. Przerażona z początku Ewa stopniowo  uczy się przezwyciężyć swoją niechęć do rozczarowującej według powszechnej opinii córki. Macierzyńska miłość nie przychodzi od razu. Kobieta dojrzewa do niej bardzo powoli, jednocześnie oswajając się z obecną w domu chorobą i związanymi z tym zmianami. Nie da się wszystkiego zaplanować. Ta zasada dotyczy także spraw związanych z wszelkimi związkami między ludźmi.
Takie przykłady czynników mogących można mnożyć w nieskończoność. Można więc zapytać – czy warto w ogóle się zakochiwać, skoro tak wiele znaków na niebie i ziemi każe nam przewidywać z dość dużym prawdopodobieństwem przykry koniec naszych działań?

Miłość jest uczuciem wymagającym. Sądzę, że niektórym z nas może wydawać się aż nazbyt trudna. Ci niektórzy, wyobrażając sobie przykry koniec, wolą zapobiegawczo odejść. [i]Inni, słysząc o ranach zadanych mieczem kochania lub widząc własne blizny z przeszłości stwierdzają, że lepiej od uczuciowego potwora trzymać się z daleka. Nadal nie potrafię sobie wyobrazić pustki ich życia. Może gdyby moja wyobraźnia była lepsza, dzisiejszą noc spędziłabym w miejscu przyjemniejszym niż twardy, chłodny parapet? Jednak co stałoby się co stałoby się wtedy z niesfornym Kotem Maurycym  i innymi pozornie tylko uprzykrzającymi życie właścicieli mruczkami? Wszak z kotami jak z ludźmi –  lubią grać nam na nerwach i systematycznie wywracać świat do góry nogami. Mimo to serca pokoleń nieszczęśników nadal podają swoim Maurycym „… najlepsze kąski i pozwalają spać na swoich łóżkach…”.  Jak trafnie podsumowuje swój utwór Julia Hartwig „… wielka jest w nas potrzeba kochania…”. 


1 www.encyklopediafantastyki.pl – pojęcie kot
2 Julia Hartwig „Kot Maurycy” – dostęp wiersze.doktorzy.pl


Póki co z mojej strony to wszystko :)
Pozdrawiam szalenie i do miłego napisania
M