21 lutego 2014

Rozdział I - rozstrzygnięcie


Witajcie!
Muszę się wyżalić w kilku słowach - jak wypiszę uleci ze mnie złość, a to jest zamierzony cel. Otóż tak; nie było mnie 2 dni przed feriami, potem 2 tygodnie ferii, a następnie znów mnie nie było (tym razem 4 dni i znów choroba). Pierwszy raz przyszłam do szkoły dziś, tj. piątek i okazało się, że NIE mam okresu ochronnego, a oczywiście nie odpuścili nam kartkówek. Po prostu mam wrażenie, że to nie jest sprawiedliwe (szczególnie jak nie było mnie na ostatnich 3 lekcjach, a nie zawsze jest łatwo dostać notatki)! Już dobrze, przechodzę do tematu notatki, choć wcześniej dodam taki tam szkic (miała to być Biała Róża; Aelirenn z Wiedźmina, ale w końcu im więcej zaczęłam na nią zerkać, to przypomina mi Lymphane - zapamiętajcie to imię pojawi się w opowiadaniu za miesiąc :); obie postacie dość tragiczne, więc bardzo je lubię).

Dzisiaj znów dodaję kolejną porcję mojej baśniowej krainy, którą mam zwyczaj odwiedzać każdego wieczoru (choć nie zawszę dostaję permisję na wstęp; nieraz bywam po prostu zbyt śpiąca, a czasem myślę o rzeczach za bardzo przyziemnych, aby się tam dostać <szkoła>).
 Rozdział I - zakończenie (IX-XIII)
 IX
Merlin zapukał do drzwi apartamentu Lady Helen. Miał nadzieję, że nikogo nie będzie w środku. Wówczas mógłby wejść cicho, zostawić fiolkę z lekami na stoliku i przejrzeć jej papiery. Wiedział, co by go czekało, gdyby został przyłapany, ale wierzył we własne umiejętności bezszelestnego poruszania się (i zdecydowanie je przeceniał).
Usłyszał cichy, delikatny głos
- Proszę!
Wszedł. Lady Helen spojrzała na niego wyczekująco. Jej wzrok jasno prosił go, aby jak najszybciej wyszedł z pokoju i upomniał, że nie powinien teraz przeszkadzać znanej śpiewaczce w przygotowaniach do ważnego występu
- Od nadwornego medyka, przynoszę leki na wzmocnienie głosu. - powiedział pewnie
- Oczywiście, połóż na stole. - Merlin zrozumiał niemy rozkaz "A później wyjdź, proszę jak najszybciej i nie waż się głośno zamknąć drzwi".
Chłopak rzucił okiem na komódkę i coś w nim drgnęło z przerażenia. Do tej pory nigdy nie spotkał się bezpośrednio z magią innych. Teraz po raz pierwszy wyczuł przedmioty od których emanowała ogromna siła i moc. Opanował się jednak. Spełnił polecenie i szybkim krokiem wyszedł z komnaty. W jego głowie kłębiły się tysiące myśli. Wiedział, co powinien zrobić, ale jednocześnie zdał sobie sprawę, że nie zdąży... natychmiast podjął decyzję. Będzie musiał improwizować na występie, w przeciwieństwie do lady Helen. Czarnooka dama miała już dokładnie ułożony scenariusz na ten (niezmiernie przyjemny) wieczór.
X
W dużej sali poczęli gromadzić się goście. Komnatę wypełniły delikatne dźwięki cytr i lutni. Minstrele po mistrzowsku grali na swych instrumentach. Rycerze zabawiali najbardziej urodziwe z dam rozmową.
Merlin podszedł do Ginewry, która układała misy na stole. Dziewczyna obróciła się gwałtownie.
- O! Witaj Melinie! - powiedziała wesoło. - Nie spodziewałam się Ciebie tutaj zobaczyć!
- Jestem wychowankiem Gajusza - wyjaśnił.
- Miło mi to słyszeć, mam nadzieję, że będziesz do niego podobny - potrząsnęła złocistymi lokami, a jej szare oczy śmiały się do świata.
- To, co zrobiłeś było bardzo odważne! Żeby tak przeciwstawić się Arturowi! To syn króla i na dodatek jest bardzo silny.
- Nie zachowałem się mądrze.
Roześmiała się.
- Z tym muszę się zgodzić. Zapewne jeszcze masz sińce?
Skrzywił się.
- Zgadłaś.
- Wiesz Melinie, wolę pochopnych i heroicznych służących, niż głupich i zadufanych w sobie panów.
Spojrzał na nią zaskoczony.
- Jestem bardzo wdzięczny, rzadko ktoś pochwala moje postępowanie, Jak masz na imię? Rozmawiałem z tobą kilka razy, a jeszcze Cię o to nie spytałem...
- Nie bierz moich słów do serca są czysto - teoretyczne. Nazywam się Ginewra. Muszę się zająć tym wszystkim - wskazała stoły - Miło się rozmawiało Merlinie!
- A może Ci pomogę?
Znowu się uśmiechnęła.
- Naprawdę nie trzeba.
Król wszedł do sali i wszyscy umilkli. Za nim kroczyła lady Morgana, której nie spuszczali z oczu rycerze, gdyż była niezwykle piękna; miała długie, falowane, czarne włosy, ostre brwi podmalowane węgielkiem i jasne oczy, które raz były błękitne, a gdy wpadła w furię przybierały fiołkową barwę. Obok niej szedł Artur. Damy zerkały w jego stronę z ukosa; był uważany za nadzwyczaj urodziwego.
Wszyscy zasiedli do stołów. Król powiódł wzrokiem po zaproszonych gościach i rozpoczął przemowę.
- Witam wszystkich wielmożnych gości, jestem rad, że przybyliście na tą ucztę. Muszę oznajmić wszystkim, że za chwilę przybędzie do nas sama lady Helen i uświetni biesiadę swym śpiewem. Tymczasem jedzcie, pijcie, tańczcie i cieszcie się! Wznieśmy pierwszy toast za naszą śpiewaczkę! Wina!
Goście powstali z uśmiechami na twarzach.
- Za lady Helen!
Wszyscy wypili do dna.
- Za szlachetnych gości!
Krzyknął król, a rycerzom i szlachcicom toast ów nadzwyczaj przypadł do gustu, więc rozochoceni ciągnęli dalej.
- Za dobrego króla Uthera!
- Za jego syna - księcia Artura!
- Za lady Morganę!
Ciągnęliby tak w nieskończoność, gdyby nie lady Helen, która pojawiła się w drzwiach. Wszystko ucichło, a ona z ogromną gracją przeszła przez salę i dygnęła wdzięcznie.
Brwi miała delikatnie podmalowane węgielkiem, ciemnobrązowe włosy opadały jej do pasa, a niemal czarne oczy ciskały na boki strzeliste spojrzenia. Miała na sobie karmazynową suknię pokrytą złotymi, misternym haftami, podkreślającą jej wiotką talię.
Minstrele ucichli, a Lady Helen otworzyła usta. Dźwięczny, wysoki głos wypełnił pomieszczenie. Wszyscy zamarli, wpatrując się w nią, a ona śpiewała tak wspaniale, że damy płakały, a mężczyźni zastygli w bezruchu. Wydawała się piękna do czasu, gdy słowa przepełniła nienawiść i chęć zemsty, a ludzie zaczęli kiwać się sennie. Teraz Merlin już wiedział jaką moc miał jej śpiew. On już nie bawił, nie wzruszał, a usypiał. To była magia.
Chłopak w ostatniej chwili zatkał sobie uszy, aby widzieć, jak sam król kładzie głowę na stole, równie bezbronny jak dziecko. Wszyscy dworzanie, rycerze, szlachta angielska, a nawet Gajusz mieli zamknięte oczy i błogi wyraz twarzy.
Domniemana Lady Helen szła w stronę głównego stołu, w jej oczach była nienawiść, patrzyła na królewskiego syna. W dłoni ściskała sztylet. Merlin zerknął na salę. Musiał coś zrobić. Nie mógł dopuścić, aby tak wykorzystano magię. Zacisnął mocno pięści.
W jego oczach zatańczyły czerwone ogniki i piękny żyrandol spadł wprost na damę przygważdżając ją do podłogi. Senna aura, którą roztaczała znikła. Ludzie otwierali oczy. Na posadzce leżała starsza kobieta. Ona jednak jeszcze nie zrezygnowała z zemsty. Rzuciła sztylet. Merlinowi zaszumiało w uszach, czas zwolnił. Miał wrażenie, że nikt poza nim nie widzi niebezpieczeństwa. Już był obok Artura, pociągnął królewicza na ziemię, a sztylet wbił się w krzesło, tam gdzie przed chwilą stał następca tronu.
Uther patrzył na Merlina jakby nie rozumiejąc, co się stało; oprzytomniał dość szybko. Wziął za jedną rękę syna, za drugą ucznia medyka.
- Oto ten chłopiec dowiódł nam niezwykłej odwagi ratując życie następcy tronu. W nagrodę dołączy do domowników królewskich - po czym dodał ciszej zwracając się do Merlina - Od dziś zostajesz osobistym sługą Artura!
Wszyscy klaskali, a obu młodych mężczyzn miało nieszczególne miny. Jeden wymownie patrzył w prawo, drugi - w lewo.
XI
Artur krzyczał na cały głos.
- MERLINIE!
Chłopak zajadający smakowite śniadanie westchnął i podniósł się z rezygnacją.
- Idź, Merlinie. To woła Cię twoje przeznaczenie - powiedział Gajusz patrząc na ucznia spód grubego szkła.
- Czemu przeznaczenie nie może poczekać? Właśnie jadłem śniadanie!
XII
Sir Leon, Artur i Uther stali nad mapą.
- Trzeba nastraszyć druidów. Jak widać ostatnio zbyt rzadko tępiłem magów i już chcieli zabić mojego syna. - odezwał się król
- Ja się tym zajmę ojcze - oznajmił Artur.
- Należy również odszukać prawdziwej lady Helen of Lunae - wtrącił Leon.
- Tak, inne krainy nie mogą szemrać, że na terenach Camelot zaginęła znana śpiewaczka. - zgodził się królewicz.
- Poszukam jej z rycerzami - zadeklarował Leon.
XIII
Merlin stał na półce skalnej. W ręce ściskał pochodnię. Naprzeciw niego stał złoty smok
- Widzisz młody czarodzieju; zawsze znajdzie Cię twe przeznaczenie. Dodatkowo odkryliśmy zastosowanie dla twojej magii. Musisz się bardzo pilnować, bo wydaje mi się, że w najbliższym czasie zdarzy się coś niezwykłego, a mnie nie mylą moje przeczucia.

Koniec rozdziału I, a teraz żeby podsycić ciekawość dodam coś o rozdziale II, a mianowicie spoiler w postaci pierwszego podrozdziału...
I

Mrok osnuł jaskinię. Jej ściany były poszarpane, stalagmity przybierały kształty fantastycznych istot, zagradzając drogę. Pajęczyny rozpostarte na wilgotnych stalagnatach sprawiały ponure wrażenie.

Kobieta jednak szła bez wahania, znając każde zagłębienie granitowej skały. Jej drogę oświetlała jasna kula światła, unosząca się w lodowatym powietrzu. Wędrowniczka dotarła do potężnej groty, pośrodku której znajdowało się jezioro o czarnych wodach. Pochyliła się nad nim. Jej oczy jaśniały nieziemskim światłem, gdy wypowiadała słowa w starożytnej mowie.

Powierzchnia wody poruszyła się ukazując dobrze ufortyfikowany na skale zamek - Camelot. Czarownica uśmiechnęła się cierpko.

- Za upokorzenie, którego doznałam, za mękę, wszystkie twe zbrodnie i przelaną krew niewinnych ludzi znających magię. - szepnęła cichym, złowrogim głosem.

Wyjęła spośród fałd sukni sztylet i ostrzem dotknęła wody.

- Oto twe osiągnięcia Utherze, teraz pora aby zapłacił za nie twój lud.

Szept przerodził się w krzyk, na powierzchni wody zamigotały wszystkie barwy, woda spiętrzyła się, a później wszystko zamarło. Czarownica widziała jedynie swoje odbicie, niską kobietę o cudnych, groźnie błyszczących oczach i czarnych włosach.

Jej głos zabrzmiał w całej jaskini i wszystkich tunelach tysiącami ech.
Pozdrawiam wszystkich i życzę pięknego weekendu!
Sophija

PS. Imiona, nazwy, itp, których nie kojarzycie z ostatnich działów możecie znaleźć tutaj http://deterrasomnia.blogspot.com/p/blog-page_26.html; lub Nasza twórczość - Sophija!

14 lutego 2014

Skąd się wzięły jednorożce?

Witajcie!
Ostatni post na feriach. W poniedziałek trzeba się będzie zebrać do szkoły :(. Ależ mi się nie chce! Ale na razie jest przede mną jeszcze jeden dzień jazdy na nartach.
Z żalem muszę zawiadomić Miki, że dziś jeszcze nie będzie opowiadania. Ale za to od przyszłego tygodnia będziesz miała dwa rozdziały pod rząd :).
Tradycyjnie nowy filmik, tym razem dla Nalani http://www.youtube.com/watch?v=mbITUkpoXBw. I tym sposobem wszystko już jest na bieżąco.

Ale do rzeczy. Dziś notka o zwierzętach, od których prawdopodobnie wzięły się legendy o jednorożcach. Mówię oczywiście o narwalach. Co prawda inspiracją do snucia takich historii mogły być również oryksy arabskie, ale ja wolę wersję o narwalach. Ich nazwa pochodzi od staroskandynawskiego słowa nar oznaczającego zwłoki, ponieważ nakrapiana skóra przypomina dryfujące ciało. Z wiekiem stają się coraz jaśniejsze.
Narwal jest blisko spokrewniony z białuchą. Tak jak one występują w chłodnych wodach.Podobna jest również dieta.  Co ciekawe, nie są trzymane w niewoli, tak jak ich białe kuzynki, które ma każde większe delfinarium.Tak jak one migruje w dużych stadach. Na co dzień żyje w trochę mniejszych.Waży do 1600kg. Najbardziej charakterystyczny jest oczywiście kieł narwala (lub jednorożca, wedle uznania). Jest on elastyczny. Ma on od 1,5 do 3m. Wyrasta z lewej strony szczęki. Średnio co 500 samiec ma ... dwa kły! Samice również je posiadają, lecz nie tak okazałe. Nie jest pewne, do czego on służy. Może być używany do zaimponowania innym, rozłupywania lodu, w walce lub jako narząd zmysłu.Narwale potrafią wytrzymać pod wodą nawet 25 minut. Żyją do 50 lat. Populacja nie jest wielka ( 80 tys), ale odradza się. W tej chwili polują na nie tylko Eskimosi. Legalnie.









Źródła:
Info: własne, dinoanimals, wikipedia, własne
Zdjecia: klik,klik,klik ,klikklik
Wideo: Nat Geo Wild
Miłego weekendu!
M



9 lutego 2014

Pink Magnum

Witajcie!
Kilka godzin temu wróciłam z przecudnych, osnutych mgiełką tajemnicy, monumentalnych Alp (do Krakowa w którym jest DUŻO więcej słońca i zdecydowanie cieplej), więc szczerze mówiąc jestem padnięta, czyli notka nie będzie długa.
Przedstawiam wszystkim mojego pierwszego breyera - Brookside Pink Magnum-a. Nie mam wiele do napisania, gdyż Malia dodała o swoim notkę w tamtym tygodniu. Dodam, że malowanie nieco się od tamtego różni (szczegóły i szczególiki ;)) - można zaobserwować jedynie postawiwszy oba konie obok siebie; jednak jest to bardzo naturalne biorąc pod uwagę, że każdy konik jest ręcznie malowany.

Mold jest (moim skromnym zdaniem) cudowny, Magnum ma lekko pochyloną głowę, jakby patrzył pod wiatr, szukając wzrokiem ścieżki, którą mógłby brnąć przed siebie (wnioskuję na podstawie nieco wyczekującej pozycji i uporu odmalowanego w oczach).
Dalej zdjęcie słabe, ale nie mogę się nadziwić, że w Italii ziemia skuta jest lodem, hulają śnieżyce, a drogi przez przełęcze są niemal całkiem nieprzejezdne, za to w Polsce można usmażyć się w promieniach słońca (i dodatkowo jestem dumna z efektu specjalnego, który udało mi się uzyskać).



Druga propozycja do charakteru Magnuma (tyle godzin przesiadziałam patrząc na niego, że jedna opcja byłaby wyjątkowo skromną ofertą). Otóż wcale nie musi z uporem brnąć wprzód; może być bardzo nieśmiałym koniem, a głowę pochylać, aby nie spojrzeć nikomu w oczy.

 

Na koniec jeszcze dwójka przyjaciół. Nie sądzicie, że ładnie wyglądają prowadząc dyskusję? - Obu bardzo lubię i z pewnością będą mi towarzyszyć nie tylko przy wyprawach, ale pochylą się ze mną nad notatkami z biologii, geografii i historii. (z czego dwóch pierwszych wyjątkowo nie lubię!)


Za dwa tygodnie zakończę I rozdział o Camelot - już możecie się obwiać co wymyślę!
Poza tym pozdrawiam wszystkich i życzę pięknego tygodnia - a dla nielicznej wybranej grupki; wspaniałych ferii!
Sophija

31 stycznia 2014

Pan Różowy

Witajcie!
Na wstępie oczywiście link do najnowszego filmiku. Szczerze powiedziawszy jestem zadowolona, bo Vegas go nie zjadł w żadnej części. Nie jest zły. A tak w ogóle to dostałam stypendium i jadę na orki, do Loro Parku!! Chyba, ze po drodze przepuszczę te pieniądze, bo jakiś model się do mnie uśmiechnie, ale mam nadzieję, że nie ;).
Po drugie informuję, że w najbliższych dniach jadę na internetowe pustkowie i mnie nie będzie. Zobaczymy czy uda mi się złapać komputer w drugim tygodniu ferii, które dziś się zaczynają. Choć i tak od tygodnia gniję w domu z zapaleniem krtani.
Dziś tradycyjnie dzień męczenia Miki konikami :). Następny z moich spontanicznych i nieprzemyślanych zakupów, a właściwie prezent na Mikołaja. Przyjechał z mojego ukochanego Londynu, z tego samego sklepu, w którym kilka miesięcy wcześniej kupiłam Stablemates. Panie i panowie przed Wami Pink Brookside Magnum!

Myślałam o nim od dłuższego czasu i kiedyś na pewno by do mnie trafił, ale raczej później, niż wcześniej. Niemniej jak się nawinął teraz, to go przyjęłam i nie narzekam. Pierwsze co mnie uderzyło, to jego rozmiar. Trudno mi uwierzyć, że Lary i on to ta sama skala! A jak wiadomo małe jest piękne i taki też jest Magnum. Przede wszystkim maść jest ciekawa. Według breyera jest to striking red roan czyli dosłownie czerwony deresz. Ktoś ma pomysł jak się nazywa ta maść po polsku?
Jakkolwiek by się nie nazywała jest świetna. Na całym ciele konika są drobniutkie kropeczki. Odmiany są również urocze.Nie odpowiada mi tylko jasna końcówka ogona. Rzeźba natomiast ma swoje plusy i minusy. Rysunek mięśni bardzo mi odpowiada. Głowa jest również bardzo piękna. Ale niestety tylko z lewej strony. Druga strona Magnuma już mniej mi się podoba . Przyczyną tego jest grzywa, która wygląda jak płaski placek i psuje wszystko. 

Ale poza tym jest świetny!



A z Magnumem przyjechał biuletyn breyera. Nie jest to raczej katalog, bo jest dość krótki, ale zawsze coś.

Miłego weekendu/ferii!
M

24 stycznia 2014

Rozdziału I ciąg dalszy

Witajcie!
Spróbuję się streszczać, bo znowu dodaję porcję średniowiecznego Camelot ze szczyptą magii (kiedy pojawi się lady Ann będzie już garść czarów, ale musicie trochę poczekać - jak przystało na wykwintną damę zjawi się wówczas, gdy będzie wyczekiwana, a obecnie muszę przybliżyć innych bohaterów..). Osobiście chodzę teraz naładowana pozytywną energią (2 półrocze - przyzwyczaiłam się do wymagań nowego gimnazjum, mam stertę książek do przeczytania, oceny zadawalające oraz perspektywę zimowych ferii (miałam napisać lutowych, ale przed oczami mam budowę lutownicy, więc zrezygnowałam)).
Dodam w przyszłości jakieś pracę plastyczną, ale póki co nie miałam czasu nic wybrać - do wakacji powinnam się wyrobić :), teraz moja pisanina - rymy, które układałam dość dawno, ale były tak schowane na blogu (oraz głęboko w szufladzie), że ciężko było je odnaleźć.

 Vernilione
Kwiat, symbol pokoju
zakwita w leśnym spokoju,
lub na rękach uczciwej osoby,
gdy ta przywoła słowa elfickiej mowy.
W lasach na pastelowej zieleni
wyłania się kielich pełen czerwieni
z niego tryskają ognia ogniki
w powietrzu słychać śpiew cichy.
Głos wibruje brzmieje,
a ognień nie parzy, lecz grzeje.
Będzie kwitł pod jasnymi gwiazdami
w raju Astrafii zwanym ogrodami
aż do nieskończoności;
po kres wieczności.

Candoris
Instrument władcy dzikich ludzi ukochany
Pięknie zdobiony, delikatny, zaczarowany
Gdy człowiek weźmie go do ręki,
a w powietrzu zabrzmią czyste dźwięki.
Jasne barwy przywdziewają kwiaty zwiędłe
z drzew wychodzą dusze w nich zaklęte
Na łąkach trawy falują jak oceany
i ledwie widać bale niezbadane
Wirują barwne suknie niewidzialnych panien
Jasne nutki w dźwięków gamie
Srebrzysty księżyc oświetla listki na drzewie
Wiele uczuć ujętych w candarisu śpiewie
Ale nikt tego nie zobaczy, nie usłyszy,
Bo ta magia odbywa się w ciszy.

Jezioro Albion
 Bezmiaru wód nie widać końca
na jeziorze ułożone są promienie słońca
Niedaleko doliny, gdzie echa grają
piękna melodię i wnet ją powtarzają.
Magia przenika powietrze,
a słowa wirują na wietrze.
Nad brzegami walczyli królowie, rycerze,
a przyjaciele patrzyli aż woda ciała zabierze
poległych, chodzę tędy, wody dotykam ręką
i widzę damę zamyśloną, piękną,
  co za dotrzymanie słowa została zraniona,
lecz nie w bólu kona,
bo jej dobra dusza widzi victorię,
choć nie wie, że innym wojskom przypisano glorię.
A krople deszczu z moimi pomieszane łzami
nad nieszczęsnej dziewczyny losami
i już nie wiem, czy to wymyśliłam,
czy na powierzchni wody zobaczyłam.
Ostatnie bardzo realne w moim przypadku...
Do Sunny Glow - jeszcze będę próbowała się poprawiać, chociaż wiem, że marnie mi idzie..
Życzę wszystkim miłego szukania powtórzeń! - osoby podejmujące wyzwanie mogą mieć pełne ręce roboty, jeśli się zagapiłam ;).

V
"Merlinie! Merlinie! Merlinie" - głos w głowie chłopaka przybierał na sile. Czuł wezwanie i chciał za nim podążyć, ale drzwi były zamknięte na kłódkę.
Nagle coś skrzypnęło. Do ciasnego pomieszczenia wszedł Gajusz. Miał na twarzy odmalowane niezadowolenie.
- Merlinie, twoja matka powierzyła mi opiekę nad tobą, a ty już pierwszego dnia lądujesz w więzieniu. Masz wielkie szczęście, że król jest pochłonięty przygotowaniami do przyjazdu znanej śpiewaczki; Lady Helen of Lunae i nie ma czasu na takie błahostki jak twoja sprawa!
- Dzięki, Gajuszu.
- Lepiej nie rób mi takich rzeczy na przyszłość.
VI
Lady Helen uśmiechnęła się uwodzicielsko do rycerza, który kłaniał się jej z ogromnym szacunkiem i uwielbieniem w oczach.
- Sir Leonie, dziękuję, że przybyłeś aby mnie eskortować aż do samego Camelot. Na pewno będę czuła się bezpieczna w towarzystwie twoim i szlachetnych rycerzy.
- Właśnie tego pragnął król, bo nie grożą Ci pani specjalne niebezpieczeństwa w drodze. Nie ma w Camelot grasantów... - dostrzegł, że rozmowa zaczyna nudzić damę - Lady Helen, skąd pochodzisz? Twój głos jest legendarny, opowiada się o nim w Pięciu Królestwach, ale prawie nikt nie wie, gdzie wychowała się jego piękna właścicielka.
- Pochlebiasz mi rycerzu. Pochodzę z rodu królewskiego królestwa Meredor; maja babcia była najmłodszą siostrą ojca obecnego króla miłościwie panującego w Meredor.
- A wiesz pani, że nad Camelot świecą inne gwiazdy niż nad twoją ojczyzną?
Podniosła oczy na rozgwieżdżony nieboskłon. Właśnie takie rozmowy uwielbiała, a Leon jak najbardziej sprostał jej oczekiwaniom. "Jest szarmancki... Oby w Camelot było wielu do niego podobnych" - pomyślała.
- Rzeczywiście, nie sądziłam, że rycerze patrzą w gwiazdy.
- Rzadko to robimy, Pani; byłoby zbrodnią obserwować gwiazdy, gdy stoją przed nimi boginie.
Uśmiechnęła się. Polubiła go, ale była już zmęczona długą drogą.
- Dziękuję Panie rycerzu, ale jestem już zmęczona całym dniem spędzonym w siodle. Pójdę odpocząć.
- Śpij spokojnie moja pani. Będę czuwać nad tobą wraz z moimi rycerzami.
Znikła w misternie haftowanym namiocie, gdzie już wcześniej rozłożono jej posłanie, ozdobną toaletkę z eleganckim lusterkiem, którą dostała od Cenreda - władcy jednego z Pięciu Krain oraz kufry.
Lady Helen westchnęła. Cieszyła się następnym dniem, który miała spędzić podróżując wraz z rycerzami do Camelot.
Leon, który posiadał niezwykle czuły słuch, usłyszał szelest. Sprawdził, czy jego miecz bezgłośnie wysuwa się z pochwy i wolnym krokiem ruszył w stronę namiotu. Nic się nie poruszyło. Zdziwiło go to; rzadko się mylił. Tylko dla pewności zapytał stłumionym szeptem, nie chcąc naruszać prywatności damy.
- Lady Helen?
- O co chodzi? - odpowiedziała natychmiast.
- Jest Ci wygodnie? - wymyślił na miejscu.
- Bardzo. Dziękuję za troskę, Leonie.
"Myśli o mnie. Nie może przestać" - pomyślała panienka rada, że jak jej się wydawało, zrobiła wrażenie na rycerzu.
Siedziała przed lusterkiem. Nagle dostrzegła jakąś, zniszczoną, rękę wysuwającą się z cienia. Chciała krzyczeć, ale już miała zatkane usta. Stała nad nią siwowłosa staruszka. Lady Helen czuła, że dygocze. Nagle oczy kobiety zalśniły na czerwonawy kolor. Panienka zemdlała.
W namiocie stały dwie damy o identycznej posturze, dłoniach, oczach, włosach - dwie Lady Helen.
Jedna z nich przejrzała się w lustrze, tylko ono nie kłamało, bo Lady Helen dostrzegła w odbiciu staruszkę o zniszczonej twarzy i oszronionych starością włosach.
VII
Znowu głos "Merlinie! Merlinie!" rozbrzmiał w jego głowie. Im niżej schodził do podziemi Camelot tym głos rósł w siłę. Chłopak trzymał w ręce pochodnię, która oświetlała obślizgłe ściany.
Szybko zbiegł po schodach. Był już blisko źródła głosu; dostrzegł koniec korytarza. Zatrzymał się na półce skalnej, pod sobą miał przepaść. W dół prowadziły mocno zużyte schody. Znajdował się w jednej z ogromnych grot, które rozpościerały się pod zamkiem.
Właśnie wtedy ktoś szarpnął za łańcuch. Przed Merlinem zza ostrych skał wyłoniła się ogromna, złota istota. Jej skrzydła poruszyły ciężkie powietrze, tak, że zadrgało światło pochodni. Złociste łuski lśniły w ciemności. Przed Merlinem pojawił się smok, od którego jaśniała moc i potęga.
- Witaj młody czarodzieju. Wzywałem Cię - słowa wypowiedziane donośnym głosem odbiły się od ścian i wróciły ich tysięczne echa.
- Po co mnie wezwałeś? Czy ktoś tak mały jak ja, może Ci być potrzebny?
Smok parsknął rozbawiony, uwalniając z nozdrzy rozżarzone pyłki. Merlin poczuł, że robi mu się gorąco.
- Już wiesz, że Uther nas nienawidzi. Wytępiłby całą magię, ale na szczęście nie leży to w jego możliwościach. Uwięził mnie najstarszego i najpotężniejszego ze smoków - nie krył swojego rozgoryczenia.
- Jesteś ostatni z twojej rasy?
- Zapewne tak, lecz tego nie wie nikt. Uważam, że warto zająć się tobą, nie mną.
- Dlaczego? - na twarzy Merlina odmalowało się szczere zdumienie.
- Merlinie, Uther jest tylko jednym z władców Camelot. Po jego śmierci na tron wstąpi Artur.
Merlin przypomniał sobie barczystego chłopaka wyżywającego się na słabszych.
- Za czasów Artura szczęście zamieszka w Pięciu Krainach. On zjednoczy je w pokoju, Camelot będzie potężny i piękny, a jego król mądry i sprawiedliwy. Wtedy magia ma szansę odrodzić się na tych ziemiach.
- Artur? - zapytał krzywiąc się Merlin.
- Czy czegoś nie zrozumiałeś? Pytasz jakbyś był słabo rozgarnięty, a oboje wiemy, że tak nie jest.
- Co przeznaczenie Artura ma wspólnego ze mną?
- Wszystko i nic. Ciebie każdy naród zwie inaczej - ludzie Merlinem, druidzi Emrysem, a elfy... to nieistotne. Jednak według wszystkich przepowiedni wasze losy od zawsze są ze sobą splecione. Ty posiądziesz moc większą niż twoi poprzednicy, czy następcy. Musisz nauczyć Artura, że magia może służyć do czynów złych i dobrych oraz utrzymać naszego króla przy życiu - to właśnie jest twoje przeznaczenie.
- Dlaczego ja? Czemu muszę usługiwać temu... idiocie?
- Merlinie! - smok starł się przywołać go do porządku.
- Nie, po prostu nie spełnię mojego przeznaczenia.
- Merlinie, nikt nie ucieknie przed swoim przeznaczeniem.
- Dlaczego tobie tak na tym zależy? Jakie było twoje imię i twoje przeznaczenie?
- Dobrze, dowiesz się. Jestem Kigharrah. Zależy mi, abyś wypełnił swoje zadanie, ponieważ Artur, gdy uzna magię będzie zmuszony mnie uwolnić, a nie chcę do końca swego życia siedzieć w grocie. Ja byłem potężny, a teraz zostałem więźniem przykutym do skały pałacu! - szarpnął za łańcuch, widząc co się dzieje.
Merlin wyszedł korytarzem. Smok widział jego cień. Kigharrah wołał go po imieniu, zionął za nim ogniem, ale chłopak nie wracał. Był rozczarowany, że tak potężne, na pierwszy rzut oka wręcz nieskazitelne stworzenie, przeznaczenie ludzi układa pod swoje pragnienia.
Iskry sypały się z, w większości zwęglonej już, pochodni. Merlin uniósł rękę i szepnął kilka słów, jego oczy zalśniły; z rozżarzonych węgielków powstała w zimnym powietrzu postać ognistego smoka, nie większa niż dłoń. Uśmiechnął się. Kochał swój talent i nie wyobrażał sobie bez niego życia.
VIII
Gajusz potrząsnął Merlinem.
- Merlinie, czas wstawać!
Chłopak przetarł rękawem oczy. Niewiele spał tej nocy, więc był bardzo zmęczony. Usiadł przy stole i półprzytomnym wzrokiem wodził po pokoju. Dopiero teraz zaczął dostrzegać fiolki wypełnione różnokolorowymi płynami, starty książek porozrzucane po całym pokoju i przeróżne zioła dokładnie ułożone na podłodze. Ogółem rzecz biorąc w pokoju panował artystyczny nieład.
- Merlinie, jestem już na tyle stary, że postanowiłem przekazać komuś moją wiedzę moją wiedzę w dziedzinie ziołolecznictwa i medycyny. Miałeś takiego pecha, że trafiłeś pod moje skrzydła, gdy rozglądałem się za uczniem.
Chłopak skrzywił się widocznie. Gajusz kontynuował swój wykład. Nagle potrącił szklankę. Merlin nie wiedząc, co robi sięgnął po swoją magię i szklanka oraz wypełniająca ją woda zatrzymały się w locie. Uczeń i nauczyciel wymienili spojrzenia. Szklanka upadła na ziemię tłukąc się na drobne kawałki.
- Merlinie, musisz panować nad swoimi talentami - zatroskanym głosem rzekł Gajusz - Za coś takiego w Camelot karzą śmiercią. Złożyłem przysięgi, że nie będę uczyć magii i nie chcę ich łamać, ale możesz mnie do tego zmusić swoimi wyczynami.
Gajusz wziął z półki opasły tom i położył przed Merlinem. Chłopak niemal z nabożnym szacunkiem, delikatnie starł kurz z okładki.
- Co o niej sądzisz? - zapytał z dumą Gajusz.
- Jest piękna - otworzył książkę, stronnice były wypełnione starannie wykaligrafowanymi literami i dokładnymi obrazkami, opowiadała o magii
Merlin zarumienił się lekko ze wstydu i podniósł oczy na Gajusza.
- Gajuszu, ja znam litery, ale nie potrafię czytać...
- Jeśli nikt Cię tego nie uczył, to żaden wstyd. - zdecydowanym tonem oznajmił Gajusz - Nauczę Cię czytać, pisać, poznasz tajniki medycyny, zielarstwa, a ty sam będziesz się uczył magii.
- Dziękuję Ci, Gajuszu.
Wymienili spojrzenia. Powoli zaczynała ich wiązać nić przyjaźni. Byli sobie bardzo potrzebni. Uczeń ubarwiał dni nauczyciela, a mistrz wskazywał drogę młodemu czarodziejowi.
IX
W sali tronowej ustawiono wielki stół zastawiony piękną porcelaną i wykwintnymi daniami. Zapalono świeczniki i służba oczekiwała na pojawienie się rodziny królewskiej. Oczywiście pierwszy zjawił się król, a po chwili zasiadł obok niego Artur. Damy pozwoliły na siebie trochę dłużej poczekać. Lady Morgana i lady Helen weszły z uśmiechami na ustach, ubrane w niezwykle szykowne suknie.
Utherowi, gdy je zobaczył natychmiast wygładziły się rysy.
- Lady Helen, jak minęła podróż?
- Wspaniale - powiedziała siadając obok króla - Masz panie niezwykle uprzejmych rycerzy.
- Miło mi to słyszeć. Arturze, dobrze radziłem, aby posłać sir Leona.
- Jest wspaniałym rycerzem oraz moim najbardziej zaufanym człowiekiem, ojcze.
- Damy za nim szaleją - Morgana udała, że wzdycha.
- Coś chciałaś nam powiedzieć, Morgano? - zaśmiał się Uther.
- Tak, Artur powinien brać z niego przykład.
Królewicz, przełykający w tym momencie pieczyste miał niezwykle głupią minę, tak że lady Helen nie mogła ukryć uśmiechu.
- Leon bywa taki szarmancki... - dodała rzucając w bok przeciągłe spojrzenie.
- Odpuście już Arturowi - udając surowość mówił Uther.
Artur był świetnym szermierzem, potrafił budzić szacunek rozmówcy, ale nie potrafił walczyć z ciętymi językami dam dworu.
- Lady Helen, kiedy raczysz nam zaśpiewać? - zmienił temat Artur.
- Urządzam jutro ucztę, na którą zaprosiłem wszystkich możnowładców z okolic Camelot. Czy uświetniłabyś ten bal swoim anielskim głosem? - zapytał Uther i obrócił się do syna z miną mówiącą wyraźnie "Tak trzeba rozmawiać".
- Będę zaszczycona Panie.
Odpowiedziała wesoło i teatralnie skinęła główką

Ciąg dalszy nastąpi...

Wszystkich serdecznie pozdrawiam! Wspaniałego tygodnia!
Sophija