Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdziały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdziały. Pokaż wszystkie posty

20 września 2015

Rozdział XVI i kilka innych spraw

Witajcie!

Od czego by tu zacząć...
Jak już wcześniej pisałam obawiam się, że w tym roku szkolnym nie będzie już tak regularnych postów. Dlaczego? Po pierwsze nauka i przeróżne obowiązki, które rozmnożyły się w sposób nadspodziewanie szybki. Po drugie... No właśnie. Patrząc na siebie sprzed roku czy dwóch i teraz zauważam pewne różnice w wyborze priorytetów. Po prostu doszłam do wniosku, że czasami wolę porobić coś innego niż pisanie notek. Ale nie martwcie się, póki co nie zamierzam Was opuszczać - blogowanie sprawia mi zbyt wielką przyjemność! ;)

21 lipca 2015

Rozdział XV, LA, Candy, podróże, etc...

Cześć wszystkim!

Pewnie zastanawialiście się, co też mi się stało? :) Złamałam swoją żelazną zasadę cotygodniowego dodawania postów... Bardzo przepraszam, ale niestety takie są uroki wakacji. Ostatnio żyję całkowicie i kompletnie "na walizkach" - w domu nie bywam dłużej niż 24 godziny.

Jakiś czas temu wróciłam z Trójmiasta ( może nie będę się rozpisywać na temat zabytków, bo w tym roku dość mało zwiedzałam - w końcu byłam tam już dziesiąty raz z rzędu):

1 czerwca 2015

Rozdział XIV & Candy

Hej!

Dziś znów króciutko, bo gonią mnie terminy. Te wredne stworzenia naprawdę lubią się nade mną znęcać. Dobrze, że jeszcze tylko niecały miesiąc i pożegnam się z tymi dręczycielami ;) Niestety, obawiam się, że zostaną one zastąpione równie nieprzyjemnym w nadmiarze towarzyszem - samotnością. Ale póki co nie mam czasu na martwienie się na zapas.

Z wyżej wymienionego powodu dziś w ramach wstępu tylko informacja o Candy na http://blubeberry.blogspot.com/  w którym oczywiście  biorę udział.... 
(Was również zapraszam ;)


... oraz życzenia wesołego i miłego Dnia Dziecka (tak, prawie o nim zapomniałam :P)! Mam nadzieję, że dostaliście świetne prezenty ;)

Tymczasem szybciutko przechodzę do rozdziału. Miłego czytania :)

Ostatni fragment - http://deterrasomnia.blogspot.com/2015/04/rozdzia-xiii.html  (radzę przejrzeć, bo ostatnio urwałam w głupim momencie)


Zza kotary w rogu pokoju wyszedł ciemny cień, który po chwili okazał się stosunkowo drobnym mężczyzną. Większość młodych dziewcząt widząc wysuwającego się niespodziewanie z kąta pokoju obcego człowieka pewnie wydałoby z siebie pisk lub inny dźwięk wyrażający zdumienie. Jednak Zosia, która jeszcze kilka dni temu byłaby czymś taki co najmniej zdumiona obecnie czuła tylko złość na samą siebie. Jak ona, żołnierz po szkoleniach, mogła go nie zauważyć!

- Przepraszam, że przysłuchiwałem się waszej rozmowie – rzekł, kłaniając się dziewczynie i przyjaźnie klepiąc Adama po ramieniu.
- Trzeba przyznać, że ktoś taki jak pani bardzo by się przydał. – kontynuował, jednocześnie przejeżdżając dłonią przez swoje lekko przerzedzone już włosy. – Właściwie wszystko już zaplanowaliśmy. Potrzebna była tylko pani zgoda. Choć…- uśmiechnął się lekko – od razu wiedziałem, że ją dostaniemy.
- Chcę od razu zacząć pracę.  – odparła Wolińska, przenikając swoim poważnym spojrzeniem ciemne oczy rozmówcy, co zawsze robiła prowadząc trudną dla siebie rozmowę. Siedzący obok Adam z pewnym zaskoczeniem uzmysłowił sobie, że obok niego nie siedzi już ta sama urocza, ale niefrasobliwa przedwojenna Zosieńka.
- Musi pani od razu zacząć pracę. – poprawił ją przybysz. – Zostanie pani przyjęta w trybie natychmiastowym, jako że przesłano nam pani referencje z Londynu, a to, że przyszła pani właśnie tutaj jest najlepszym potwierdzeniem tożsamości. Proszę wstać i powtarzać za mną. – rzekł, wkładając na głowę wyciągniętą nie wiedzieć skąd wojskową czapkę. Adam włożył w jej dłonie wysłużony, żelazny krzyż.

-W obliczu Boga Wszechmogącego… - rozlegały się słowa przysięgi, wypowiadane dwoma mocnymi głosami- …i Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polskiej… kładę swe ręce na ten Święty Krzyż, znak Męki i Zbawienia,…. i przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej,… stać nieugięcie na straży Jej honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił …– aż do ofiary życia mego.
Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i rozkazom Naczelnego Wodza… oraz wyznaczonemu przezeń Dowódcy będę bezwzględnie posłuszny…, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało.
Tak mi dopomóż Bóg.

-Przyjmuję Cię w szeregi Armii Polskiej, walczącej z wrogiem w konspiracji o wyzwolenie Ojczyzny. Twym obowiązkiem będzie walczyć z bronią w ręku. Zwycięstwo będzie twoją nagrodą.
Zdrada karana jest śmiercią. – usłyszała odpowiedź. Te kilka zdań miało w przyszłości zadecydować o całym jej życiu.

Po skończeniu ślubowania gospodarz udał się do kuchni, rzekomo w celu zrobienia herbaty. Tymczasem bezimienny dotąd wojskowy przedstawił się jako Stanisław Tatar, pułkownik zarządzający jednym z oddziałów Związku Walki Zbrojnej. Tak bowiem nazywały się obecnie struktury Polskiego Państwa Podziemnego.
- Wolałbym jednak gdybyś mówiła do mnie „Erazm”. – powiedział, zgrabnie gubiąc gdzieś tytuł „pani”, co zresztą bardzo odpowiadało Wolińskiej. Wreszcie poczuła, że ludzie z którymi rozmawia naprawdę robią coś innego niż picie herbaty i zastanawianie się.
- Czy Londyn przekazywał wszystkie informacje? – zapytała.
- Oczywiście, staramy się być w stałej łączności. Niestety, wszystko jest filtrowane przez Anglików. Dlatego byłbym wdzięczny gdybyś mi jeszcze raz powiedziała – tak na wszelki wypadek. – uśmiechnął się przyjaźnie, jednocześnie otwierając grubą teczkę z papierami, która również pojawiła się znikąd.

Spojrzała na niego uważnie. Niepojętość ostatnich wydarzeń kazała jej wykazać odrobinę niepewności. To działo się tak szybko! Naprawdę nie wiedziała już co o tym wszystkim myśleć.
Nagle jej wzrok spoczął na metalowym orzełku przyczepionym do czapki. Nie zastanawiając się już dłużej znowu rozpoczęła swoją, co raz dłuższą i ciekawszą, opowieść.

Gdy skończyła herbata była już prawie zimna, a mrok za oknem ciemny jak nigdy przedtem.

Jeśli macie jakieś sugestie, skargi, opinie, propozycje odnośnie powyższego "tworu" i dalszych losów Zosi Wolińskiej - będę wdzięczna za zgłoszenie w komentarzu. W końcu to Wy jesteście czytelnikami i chętnie wysłucham Waszego zdania :)

Trzymajcie się!
M

20 kwietnia 2015

Rozdział XIII

Witajcie!

Czuję się straszliwie "przeczołgana" przez ostatni tydzień, a Wy?
Po pierwsze, jak to ja dopiero tydzień przed zajęłam się nauką na ostatni etap konkursu "Losy Żołnierza...". Widać pięć lat doświadczeń nie zdołało mnie nauczyć systematyczności :P Już w środę przeklinałam Jagiellonów nazywając biedaków "szatankami". Sam konkurs okazał się dość prosty, jednak pisząc byłam tak makabrycznie zmęczona, że chyba wszystko pomieszałam :/
Ale przynajmniej dowiedziałam się o wielbłądzie Mieszka I, moście pontonowym Krzywoustego i kilku innych ciekawych epizodach. Cóż, Polacy zawsze rozmach mieli!

W poniedziałek dotarła do mnie straszna informacja. Nie żyje Tereska, manat z Wrocławia. Okazała się być o 18 lat starsza niż przewidywano. Widziałam ją trzy tygodnie temu i faktycznie coś mi się nie podobało w jej zachowaniu, ale nie myślałam, że tak to się skończy....


Ale kilka miłych chwil także się znalazło. Po pierwsze zamówiłam ARkę (szczegółów póki co nie podam)!!! Wreszcie zobaczę na własne oczy to, czym zachwyca się tak wielu.

Po drugie, dziękuję Wam bardzo za tak miły odzew w komentarzach! Naprawdę poprawiło mi to humor i pomogło przetrwać ciężkie chwile!

A niestety jestem zmuszona trochę popisać. Nawet więcej niż trochę. Oprócz tego rozdziału  jeszcze opowiadanie na konkurs i rozpraweczka. Na samą myśl robi mi się niedobrze :P Czasami zupełnie nie mam ochoty na pisanie i coś mi się wydaje, że teraz właśnie jest czas. Cóż, następny tydzień mimo trzech wolnych dni (egzaminy gimnazjalne) zapowiada się podobnie do mijającego. Ale tymczasem zapraszam na rozdział!

( Nie jestem z niego specjalnie zadowolona i  jest "urwany" w głupim momencie, ale niestety zaraz muszę wracać do szkoły :/)


- Poczekaj chwilkę, postaram się zrobić herbatę, a potem porozmawiamy. – rzekł, pomagając jej zdjąć sweterek.
Jego nowe lokum bardzo przypominało to, w którym mieszkał przed wojną. No tak, przecież tamto mieściło się zaledwie kilka przecznic stąd! Przypomniała wszystkie szalone przyjęcia, które miały tam miejsce. Potem wróciła myślami do nędznych szczątków kamienicy widzianych godzinę temu w tamtym miejscu…

Nie czekając na zaproszenie udała się do salonu. Mieszkanie okazało się jednak zdecydowanie biedniejsze niż się spodziewała. Wszystkie piękne meble, cenne obrazy, książki, które posiadała rodzina Adama gdzieś zniknęły. Ostała się jedynie orzechowa komoda, obecnie dosyć zniszczona. Tak jak zawsze stały na niej ramki ze zdjęciami.

Podeszła do nich i wzięła do ręki pierwszą z lewej. Widniała na niej cała ich "banda", jak zwykle ich nazywano. Trzy roześmiane dziewczęta i trzech chłopców.
 Nagle na wizerunek wesołej brunetki ściskającej za szyję równie radosnego blondyna spadła łza.
Fotografia została wykonana zaledwie rok temu, jednak Zosi wydawało się, że wszystkie te szalone zabawy odbywały się w innym wcieleniu.

Na dźwięk kroków swego towarzysza szybko otarła łzy i zajęła miejsce przy małym, żeliwnym stoliku
Zapadła chwilowa cisza, którą wreszcie zdecydowała się przerwać.
- Więc… - zaczęła – twoja ciocia i siostry mają się dobrze, prawda?
- Mam taką nadzieję… - rzekł niepewnie, starając się jednak nadać swemu głosowi beztroskie brzmienie. – Wiesz, są Żydówkami, a Niemcy nie lubią Żydów. Mieszkają teraz na poczcie. Choć raczej trudno nazwać to mieszkaniem. Oczywiście przesiedlili nas hitlerowcy – ich tam, a mnie tutaj. Nie wiem, czy zauważyłaś, ale z naszego poprzedniego domu mało co zostało. Staram się im jakoś pomagać, ale są dobrze pilnowani. Sam cudem uniknąłem aresztowania.

Znowu nastało milczenie, przerywane tylko tykaniem ściennego zegara.
Tym razem to chłopak odezwał się jako pierwszy.
- A ty właściwie co tu tutaj robisz? – zapytał. – Tak nagle zniknęłaś! Wszyscy myśleli, że zginęłaś jeszcze we wrześniu! Dlaczego się nie odzywałaś?
- Nie miałam ku temu warunków. Napisałam tylko kilka listów do mamy, jednak nie wiem czy do niej dotarły.
- Niestety, zarówno twojej mamy jak i Heli nie widziano ani razu od czasu wybuchu wojny. Sądziliśmy, że całą waszą trójkę spotkał ten sam los.
- Boże, nie! Rozstałam się z nimi pierwszego września! – w jej oczach pojawił się paniczny strach. – Potem natychmiast popłynęłam do Gdańska, a później udało mi się przedostać do Londynu… Przecież one miały jechać do bezpiecznej Warszawy, gdzie czekał na nie rządowy transport do Ameryki.
- Nigdy nie było takiego transportu. Był tylko pomysłem polskiego rządu, który nigdy nie miał szans powodzenia.
- Proszę?! Chcesz mi powiedzieć, że ja bezpiecznie siedziałam we Francji, a potem na garnuszku u  Churchilla  podczas gdy one tułały się po ogarniętym wojną kraju?!
Teraz to on o mało nie umarł z powodu nagłego szoku.
- Znasz Churchilla?! – zapytał z niedowierzaniem, bliski zakrztuszenia się herbatą.
- Tak. – odparła beznamiętnie. – Co ja najlepszego zrobiłam?
Następne dwie godziny spędziła czując jego opiekuńcze ramię na swoich barkach. Na zmianę cichła i opowiadała.
- Nie wiem już, kim tak naprawdę jestem… - westchnęła kończąc.
Adam odgarnął opadające jej na oczy niesforne kosmyki.
- Głuptasie! Jesteś niesamowita! Dzięki Tobie wygralibyśmy w tą wojnę! – zakrzyknął, gwałtownie wstając. Po chwili jednak znów usiadł. – Ale… Nie, to niemożliwe.
- Co jest niemożliwe? – w Zofię znowu wstąpił patriotyczny, szalony duch. – Chcę walczyć! Niech Niemcy mnie zabiją! Nie mam już nic do stracenia! Wszyscy, których kochałam nie żyją!
Gdy wypowiadała te słowa po twarzy blondyna przebiegł grymas bezbrzeżnego smutku. Ona jednak tego nie zauważyła.
- Nie możesz! To zbyt niebezpieczne!
- Dlaczego? Jeśli pani wyraża taką chęć to nie można jej powstrzymywać. – usłyszeli za sobą piękny, głęboki głos.

Na dziś to tyle.
Powodzenia na egzaminach :)
M

15 marca 2015

Rozdział 12 & Idy Marcowe

Witajcie!

I po raz kolejny na tym blogu świętujemy Idy Marcowe! Dziś 2059 rocznica tragicznej śmierci Juliusza Cezara.
Ale Ci co czytają bloga regularnie od początku jego działalności wiedzą, że w tym dniu wypada także rocznica moich urodzin (ach, jak ja uwielbiam robić prywatę) :3

Z przyczyn losowych prezenty rozdano już wczoraj (tylko rodzinnie, bo przyjęć urodzinowych praktycznie nigdy nie robię). Nie było wśród nich żadnych figurek ( ale nic straconego - prawdopodobnie w tym miesiącu zamawiam wymarzone AR!), co oczywiście nie znaczy że mi się nie podobały! Wręcz przeciwnie - dostała kilka nowych książek Terry'ego Pratchetta  ( zmarł w zeszłym tygodniu - świat jest podły!), sezon Sherlocka na DVD, płyty ukochanego Ray'a Charlesa, śliczną zakładkę, duuużo słodyczy i kilka innych drobiazgów.

Co do drobiazgów - nie pokazywałam Wam jeszcze mojego ulubionego kubka z fokarium. Rano piję z niego ukochaną kawę, która stawia mnie na nogi (chyba jestem uzależniona od kofeiny, bo bez niej nie wstanę :P):


Bo nie wiem czy wiecie, ale oprócz figurek lubię też zbierać kubki.

Dobrze, koniec mojego paplania! Przechodzimy do rozdziału (ostrzegam, że wyszedł dosyć ckliwy). Z dedykacją dla Sage Servant - wszystkiego dobrego!!

Ostatni fragment - klik

- … dostanie pani apartament na Królewskiej. Dalibyśmy coś w lepszej części miasta, ale ze względu na pani misję… Sama pani rozumie.
- Oczywiście. – odpowiedziała. Tak naprawdę nie rozumiała nic. Jeszcze nigdy nie czuła się tak skołowana. Właśnie rozmawiała z kolejnym nazistowskim, ciemnookim (ach, ta niemiecka logika) przedstawicielem rasy aryjskiej. Za oknem majaczyły zniszczone, wyszarzałe budynki jej ukochanej Warszawy, przyozdobione jedynie czerwonymi flagami ze złowrogo czarną swastyką. I właśnie mówiła temu szatańskiemu pomiotowi, że owszem, tak, zdradzi swoją ojczyznę bo przecież tak strasznie kocha Hitlera. I robiła to, ponieważ dostała rozkaz od angielskich służb specjalnych, które miały tak naprawdę miały sprawę polską głęboko w swojej brytyjskiej *****. I czuła się jak zdrajca.
Gdy zaproponowano jej ten wyjazd nie miała większych moralnych dylematów. Może nie docierało do niej, co tak naprawdę zobowiązała się zrobić?
 Ale  kiedy zobaczyła niemiecki napis na dworcu głównym, mundury wrogów na ulicach, zbombardowane kamienice w których kiedyś przeżywała najpiękniejsze chwile swego młodego życia, a wśród wyszarzałego, zastraszonego tłumu rozpoznała kilku znajomych… Dopiero teraz dotarła do niej cała groza sytuacji… Dotychczas podchodziła do wojny jako do rzeczy niewyobrażalnie strasznej, ale jednak możliwej do wygrania… Teraz czuła się kompletnie rozbita, co jako osobie bardzo pewnej siebie i energicznej nie zdarzało się jej prawie nigdy.
-… nieprawdaż? – poczuła na sobie świdrujący wzrok esesmana.
- Tak jest, tak jest, niewątpliwie ma pan rację!! – odrzekła, może trochę zbyt entuzjastycznie, bo jej cudowny współpracownik popatrzył na nią jak na wariatkę.
- No, to bardzo dobrze! W takim razie do pracy! I widzimy się w następny czwartek. Oczekuję, że do tego czasu zdąży pani coś zrobić.
- Postaram się. W imię Rzeszy!

Od tej chwili była zdana sama na siebie, kimkolwiek teraz była. Próbując nie zacząć głośno szlochać i krzyczeć Zofia Wolińska, Polka Chcąca Dostać Się do AK (w wersji nieoficjalnej nr. 1 Niemiecki Szpicel, a w wersji jeszcze mniej oficjalnej Angielski Szpieg Udający Niemieckiego Szpicla) szła ulicami zniszczonej Stolicy do swego nowego lokum. Okazało się ono dwupokojowym mieszkaniem na trzecim piętrze burej od pyłu kamienicy. Budynek jakimś cudem uniknął zbombardowania.
Zosia zadzwoniła do mieszkania dozorcy . Nie była w stanie wciągnąć swojej olbrzymiej walizki po stromych, dość zniszczonych schodach.
- Dzień dobry! Pani pod numer 4? – usłyszała wesoły, młody głos.
W jej głowie natychmiast pojawił się obraz pewnego chłopca, jednak szybko go odrzuciła nawet nie spoglądając na rozmówcę.
- Mhm. Czy może mi pan pomóc?
- Pewnie, przecież w życiu by pani tego nie zaniosła!
W trakcie mozolnej i z racji brakujących stopni wędrówki do góry chłopak wychodził z siebie żeby podtrzymać niemrawą rozmowę, ale dziewczyna zdecydowanie nie miała na to ochotę.
- Dziękuję. – burknęła tylko u drzwi swego mieszkania.
- Polecam się na przyszłość pani…. Zosiu.
W tym momencie czas jakby na chwilę się zatrzymał. Już wiedziała, skąd zna ten głos!
I zanim zdążyła cokolwiek pomyśleć, już trzymał ją w ramionach.
Adam… Adaś…. – szeptała, czując spływające po policzkach i rozmywające makijaż ciepłe łzy.
- Już dobrze, dobrze! – rzekł ze śmiechem, jednocześnie odgarniając jej brązowe kosmyki znad oczu.
- Co ty tu robisz? – zapytała po chwili, patrząc w jego przyjazne zielone oczy.
- Próbuję przetrwać. – odparł swobodnie. – Choć, zaniesiemy do Ciebie tą walizę, a potem pójdziemy do mnie, dobrze? Zdobyłem ser żółty!

Ujął ją za rękę, a ona trzymając się go kurczowo pozwoliła mu się poprowadzić, tak jak bywało za dawnych, dobrych lat.

Miłej niedzieli :)
M

23 lutego 2015

Proroczy sen

Buongiorno!
Ledwie wczoraj powróciłam z "pięknej i słonecznej Italii" stąd to spóźnienie, za które swoją drogą serdecznie przepraszam. W najbliższym czasie nie pojawię się na blogu, to taka pożegnalna nota - nawet nie wyrabiam z zaglądaniem na wasze blogi, a muszę w najbliższych miesiącach nakręcić pewien film krótkometrażowy i trzeba powiedzieć, że mnie to zadanie pochłonęło mnie bez reszty ;)

- taki klimatyczny widoczek :)

Morgana
W pokoju wirował wiatr wpadając przez niedomknięte okiennice. Jego świst przeszywał dreszczem skuloną pomiędzy stłamszoną pościelą dziewczynę. Łkała bezgłośnie, wtulając głowę w poduszkę. Mróz przykuwał ją skutecznie do grubej pościeli.
Podniosła głowę i dostrzegła krwistoczerwony baldachim tańczący na wietrze. Miał dokładnie ten sam kolor, co proporce targane przez powiew ciepłej bryzy morskiej. Najgorszy ze wszystkich kolorów; jak pąki róż, które leżały w wazonie na stoliku i jak zakrzepła krew poległych. Skryła głowę w rękach, próbując zatamować łzy nieubłaganie cisnące się do jej oczu.
Dotarło do niej, że jest jedyną osobą wiedzącą jak skończy się ta chorobliwa walka o władzę dynastii Pendragonów; tak jak się zaczęła - wojną. Zimno owiało ją przez cienką, bawełnianą koszulę nocną. Zaszyła się głębiej pod kołdrą.
Powoli uniosła głowę i zauważyła światło wpadające do pokoju i tańczące po kamiennej posadzce. Mimo zimna wstała i podeszła do okiennicy. U jej stóp leżało zatopione pod oceanem mgieł miasto. Kiedyś utonie też w ludzkiej pamięci. Przeszło jej przez myśl. Patrzyła na odległe lasy, jak pomiędzy ciemnymi gałązkami unoszącymi się hieratyczne w stronę nieba. Pomiędzy nimi prześwitywał srebrny księżyc w pełni. Prawdopodobnie dochodziła północ.
Morgana zatrzasnęła gwałtownie okno i po omacku podeszła do świecy, którą wieczorem zostawiła przy łóżku. Nie musiała nic mówić, wystarczyło, że się skoncentrowała i słaby, niebieskawy promyk rozświetlił część mroków komnaty. Robiła widoczne postępy.
Usiadła po turecku na miękkiej pościeli, w którą od razu się zapadła i dotknęła lodowatą dłonią nagrzane miejsce. Rozejrzała się szukając zajęcia, którym mogła się zająć do świtu. Wiedziała, że tej nocy już ani razu nie zmruży oka.
- Gwen?
Nawet jej samej głos ten wydał się słaby i ledwie dosłyszalny. Powtórzyła jeszcze raz imię, próbując przywołać jego właścicielkę, ale odpowiedziała jej cisza. Musiał być to jeden z tych dni, które jej służka spędzała z ojcem. Morgana rozpaczliwie potrzebowała przyjaznej duszy, z którą spędziłaby tę straszną noc. Nie namyślając się długo narzuciła na siebie fiołkowy płaszcz, nie dbając o słabo okrywającą ją koszulę nocną i ruszyła bezgłośnie przez zamek.
Minęła dwa korytarze i ruszyła za wskazówką rzeźbionego fauna, wspierającym wraz z całym orszakiem Bachusa potężną balustradę prowadzącą na dziedziniec. Stanęła na placu, gdzie widać było pogrążone we śnie okna. Tylko w jednym płonęła niepewnie świeca. Ktoś musiał czuwać, aby inny mógł spać spokojnie.
Przemknęła pomiędzy cieniami rzucanymi przez rząd kolumn rzeźbionych na modłę południowych, ozdobnych w egzotyczne liście akantu. Serce jej stanęło, gdy dostrzegła dwóch gwardzistów przemierzających mrok wraz z pochodnią. Przylgnęła do kolumny modląc się żarliwie do wszystkich bogów, aby jej nie dostrzegli. Faktem jest, że ludzie nie widzą tego, czego nie spodziewają się dostrzec, więc obu ludzi zauważyło kolumnę, jedną z wielu nie zwracając najmniejszej uwagi na wychowanicę króla, stojącą bez ruchu.
Potem, gdy tylko znikli jej z oczu odważyła się ruszyć dalej. W powietrzu unosiła się wilgoć nietrudno było wywróżyć rzęsisty więc Morgana najszybciej jak potrafiła przeszła do kwater ważnych dla królestwa, szlachetnie urodzonych gości zamku. Zapukała dwukrotnie czując pierwsze lodowate krople na swoich włosach.
Otworzył jej Michael ziewając, ale gdy tylko dostrzegł stojącą w progu smukłą sylwetkę natychmiast się opamiętał, a w jego oczy spojrzały natychmiast przytomnie, jakby sam jej widok wyrwał go z głębokiego snu.
- Witaj Marie! Czekałem na ciebie!
Zerknął kontem oka na innych rycerzy przechwalających się swoimi wyczynami. Wszyscy siedzieli okalając półkolem kominek, w którym z trzaskiem płonęło drewno.
- Wybaczcie moi przyjaciele, ale zostawię was samych, a sam oddalę się z moją piękną towarzyszką w stronę moich komnat.
Zasłonił ją przed ciekawskimi spojrzeniami, ale nie był w stanie obronić swej damy przed nieprzyzwoitymi komentarzami, którymi witano wszystkie kurtyzany wchodzące w skromne progi. Zanim przeszła przez komnatę usłyszała wiele rzeczy, przez które zagotowało się w niej, ale tylko zacisnęła usta w cienką kreskę. Nikt nie mógł wiedzieć, że ona, Morgana de Flay przychodzi w środku nocy do swojego rycerza.
Usiadła z westchnieniem w jego pokoju, a on szczelnie zaryglował drzwi. Miał rozchełstaną koszulę, jakby wyrwała go ze snu, ale oczy patrzyły na nią z niepokojem.
- Przepraszam. Żałuję tej komedianckiej farsy... następnym razem uprzedzaj mnie przed swoim przybyciem, żebym mógł wymyślić jakieś przyzwoitsze wyjaśnienie dla wizyty pięknej kobiety.
- Wybaczam. Zupełnie dobrze improwizujesz. Myślisz, że nikt się nie domyślił kim naprawdę jestem?
- Oni dostrzegli w tobie tą osobę, którą im przedstawiłem. Nie licz, że świat cię pozna zanim się przedstawisz, bo ludzie widzą tylko to, co chcą zobaczyć.
Zgaduje moje myśli. Pomyślała kręcąc głową. Okryła się płaszczem, żeby zakryć czymś lekką koszulę nocną.
- Co Cię do mnie sprowadza w środku nocy, lady Morgano?
Rozglądnęła się po pokoju zdobionym pięknymi, inkrustowanymi meblami i ciężkimi proporcami zdobytymi w ostatnich walkach. Większość rycerzy wolała oddać je pod nogi króla i zanieść w tryumfalnym pochodzie swym bogom, ale Michael nie potrzebował cieszyć się sławą za zdobycie chorągwi, ni z władcą ziemskim, ni z niebieskim. Jak sam głośno ogłaszał zdobył je sam, więc nie zamierzał nikomu oddawać?
- Będziesz miał okazję zdobyć jeszcze wiele proporców.
- Czy chcesz mi powiedzieć, że obraziłaś czymś znaczącego lorda i będę musiał w imię moich skromnych włości, jako twój obrońca stawić mu czoła w otwartej bitwie?
- Gorzej.
W jego czarnych oczach zalśniło podekscytowanie jak dwa jasne promienie pożerając resztę uczuć, zawsze tających się pod maską bez wyrazu. Usiadł w ekstrawaganckiej pozie, jakby go to wcale nie obchodziło, ale ona potrafiła zrozumieć rzeczy, które próbował przed nią ukryć. Czarodziejki nie dało się oszukać.
- Wybuchnie wojna.
Jej głos rozdarł cieszę jak huk, grzmot, czy wystrzał. Wydał się groźny i przerażający, póki tego wrażenia nie zatarł Michael uśmiechając się radośnie.
- Co się stało?
Zapytała nie wiedząc, jaki szczegół pominęła, że wieść, przez którą nie mogła zasnąć wywołuje u niego podobną radość.
- Nareszcie świat dowie się o rycerstwie Camelot. To wspaniała nowina! Jeśli jeszcze uśmiechnie się do mnie szczęście Artur, ten dzielny i honorowy syn królewski ruszy do boju w pierwszym szeregu i zginie jako jeden z pierwszych.
- Czemu mu tak życzysz?
- Bo boję się, co zostanie z Camelot, gdy on obejmie tu władzę. Chętnie sam bym go wyzwał na pojedynek, ale wówczas Uther nasłałby na mnie płatnego mordercę, a ja nie zamierzam rozstawać się jeszcze z życiem.
Buńczuczne przemówienie pozostało zawisło w powietrzu. Morgana zerknęła na niego ukradkiem.
- Wiesz, że Uther Pendragon obiecał już moją rękę królowi Robertowi?
Cały zawadiacki nastrój rycerza prysł w jednej chwili. Nic nie mówiąc padł jej do kolan i zaczął mówić przyciszonym poniekąd z gniewu, a poniekąd z przezorności, aby nikt poza nią nie usłyszał tych słów.
- Morgano, ty jesteś wyjątkowa, a on ma tylko piękne nazwisko i herb. Nie pozwolę, abyś wyszła za tego człowieka.
Każde jego słowo było groźbą. Zadrżała słysząc pewność tryskającą z jego ostatniego stwierdzenia.
- Obawiam się, że chcę szczęścia Camelot.
- Kosztem swego własnego szczęścia?
Znał ją zbyt dobrze, aby choć na sekundę przejąć się sugerowaną groźbą poślubienia starego króla. Ich oczy spotkały się na dłużej niż moment.
- Nie.
Wziął jej rękę do ust i pocałował ją gorącą. Poczuła ogień w jego ustach i słowach. Nie mogła się bać niczego na świecie, jeśli miała u boku takiego rycerza.
- Morgano, kiedy mają ustalić to wszystko?
- Jutro nad ranem w sali tronowej. Będę tam.
- Nie wpuszczą Cię. Prędzej ja się tam zjawię.
- Zapomniałeś, że znam już cząstkę wiedzy o świecie magii i umiem zmieniać swoje oblicze.
- Nie zapomnij tylko później wrócić do swojego zwykłego wyglądu. Czyjej twarzy mam, zatem jutro szukać?
- Służącej o czarnych jak smoła włosach.
Skinął głową i zerknął tęsknie za okno. Przez rozmowę z nią zupełnie zapomniał o zapięciu szaty i widział teraz jak od zimna występuje mu gęsia skórka.
- Morgano jeszcze wiele czasu do świtu.
Usiedli przed jasnym promieniem liżących zwęglone drewno. Czerwone, jasnozłote i pomarańczowe promienie tańczyły chaotyczny taniec pełen skomplikowanych figur. Na przemian gasły i świeciły jasnym, miarowym promieniem. Morgana skuliła się, opierając głowę na ramieniu rycerza.
- Uciekłszy z Camelot odebrałabym tysiącom magów nadzieje na lepsze jutro. Jako ich królowa powinnam zostać, niezależnie jak wiele ode mnie to wymaga.
Zastanawiał się przez moment jak uchwycić ulotną myśl, która zaświtała mu w głowie.
- Morgano - zawahał się - co byś zrobiła, gdybym cię porwał?
- Byłabym nareszcie szczęśliwa - zapewniła - Ale ja nie jestem jedną z dam, Michaelu, na mnie ciąży wielka odpowiedzialność. Nie mogę zostawić innych druidów, aby mój przyrodni brat wymordował magię.
- Czy smoki istnieją naprawdę?
- W moich snach widziałam dwa. Muszą istnieć.
- A co by się stało, gdyby po śmierci Uthera, w niespokojnych dla królestwa czasach okazało się, że z królewskiej krwi narodziło się dwoje dzieci i roszczą sobie pretensje do tronu? Kogo wybrał by lud: niedoświadczonego młodzieńca, czy piękną kobietę, za którą idzie magia i smoki?
Uśmiechnęła się łobuzersko i wtuliła głowę w jego silne ramię.
- Masz rację, jak zawsze.
- Miło to słyszeć od pani mojego serca.
Nic nie odpowiedziała, pozwalając, aby te słowa zapadły głęboko w jej pamięć, jako wspomnienie najpiękniejszej z zimowej nocy.

Adio,
Sophija

8 lutego 2015

Quidem

Witajcie!
Notka w straszliwym biegu, między urodzinami znajomych, spotkaniem rodzinnym, nauką, konkursami, sprawdzianami i codziennej pogodni za czasem... chyba rozumiecie mnie aż za dobrze ;)
Dlatego nie rozwodzę się nad pozostałymi rzeczami i przechodzę do rozdziału (BTW napisanego dużo wcześniej)!


Morgana
Deszcz nieustannie padał od kilku dni zamieniając wszystkie rowy w kałuże, a zagłębienia terenu w potoki. Miało się wrażenie, że Camel lada chwila wystąpi z swych brzegów, aby pochłonąć kolejny płat ziemi.
 Dzisiaj nareszcie przyszedł ten długo wyczekiwany dzień. Morgana czuła, że serce bije jej szybciej. Ufryzowała włosy w stylu francuskim, a na siebie nałożyła stary płaszcz swojej służącej, aby niepostrzeżenie wymknąć się z zamku. Tak przebrana, pewna, że nikt w świecie nie będzie w stanie jej rozpoznać wyszła szybkim krokiem z pokoju.
Pech chciał, że pierwszą osobą jaką spotkała był Artur. Na jej widok stanął jak rażony gromem i patrzył przez chwilę na damę zdumiony, po czym się ukłonił i przywitał ostrożnie.
- Morgano, czy dowiedziałaś się, że w świecie są modne nowe fasony?
Sceptycznym wzrokiem zmierzył szary i potargany płaszcz.
- Ubolewam, że nie znam się na modzie, jednak uważam, iż w starszych sukniach było ci bardziej do twarzy.
Myślała, że wpadnie w szał, zacznie krzyczeć, ale tylko rozglądnęła się, czy nikt nie patrzy, a potem stanęła na palcach, aby spojrzeć królewiczowi prosto w twarz.
- Arturze, uszanuj moją prywatność. Idę incognito.
- Czy można zapytać dokąd?
Uśmiechnęła się tajemniczo, a złość zupełnie z niej uleciała, kiedy spojrzała w rozdziawione ze zdumienia usta Artura. W jej oczach zalśniły złośliwe ogniki.
- Nie można. Jeśli król się dowie...
- To?
- Piękne damy usłyszą wieczorem na uczcie zabawną opowieść z czasów twojego dzieciństwa.
Morgana potrafiła się mścić. Zawsze też miała inne pomysły i wymyślanie nowych gróźb przychodziło jej zadziwiająco łatwo.
- Oczywiście, że nikt się nie dowie, madame.
Później Morgana skierowała się w stronę bram. Minęła cytadelę, wyższe i niższe partie miasta, aż dotarła do stóp wzgórza na którym wznosił się zamek i ruszyła aż na skraj polany, do zielonej ściany lasu. Nogi jej ustawały, ale parła przed siebie. Musiała dotrzeć do ruin starej świątyni Morrigan, której przed laty Uther zabronił odwiedzać swym poddanym.
Zimne krople deszczu uderzały jej twarz i oślepiały, a zimny wiatr przewiewał na wskroś jej ubrania. Czuła jak w butach bulgocze jej woda, a każdy kolejny krok wydawał się wysiłkiem ponad siły. Mimo wszystko szła dalej. W każdym momencie, gdy chciała zawrócić mówiła sobie, że jeśli teraz nie dojdzie nigdy po raz drugi nie skusi się na takie szaleństwo.
Wychowała się w zamku otoczona stanowczymi ludźmi, którzy obserwowali ją z każdej strony, nie pozwalali wiele czytać, za to kazali haftować, szyć i uczyli jak być prawdziwą damą. Wiele nauczycielek podziwiało zręczne prace Morgany, wszystkie próbowały zniszczyć jej ciekawość świata i pasję do czytania. Żadnej to się nie udało. Przejęła od najważniejszych kobiet uprzejmość i galanterię tak zręcznie jak umiejętność ukrywania swoich prawdziwych myśli. Uważano ją za skrytą i cichą dziewczynę, a ona nie miała zamiaru zmieniać swej reputacji. Okazała się zdolną i pilną uczennicą, której nauka przychodziła bez najmniejszego wysiłku. Jednak kilka miesięcy temu przeglądając zbiory biblioteki natknęła się książkę, która musiała pochodzić jeszcze sprzed czasów, w których Uther zakazał używania magii. Nie namyślając się długo wzięła książkę pod swą opiekę. Znalazła tam kartki przepełnione dziwnymi słowami i rysunkami różnych roślin, o których nigdy nie słyszała. Pamiętała dobrze, że poszła po tym do Gajusza pytając czy słyszał kiedyś o takiej roślinie jak mandagora, ale nadworny medyk dotknął jej czoła, zbadał puls i powiedział, żeby zapomniała o tej nazwie i nigdy nie ważyła się jej wypowiadać przy królu.
Morgana zamyśliła się i potknęła o niski krzak poziomek. Zawsze uchodziła za niezdarną osobę. Wstała powoli i strzepnęła listki z płaszcza. Cała trzęsła się z zimna.
- To nie może być daleko. - powiedziała na głos, pragnąc dodać sobie odwagi.
Pochylały się nad nią liczne drzewa, a gdzieś w oddali rozbłysł piorun. Przy jego świetle dostrzegła kilka postaci zbliżających się w jej kierunku. Serce zabiło jej mocno i obróciła się szukając drogi ucieczki. Marny wysiłek. Już ją otoczyli.
Spośród postaci w białych powłóczystych sukniach wystąpił jeden starzec, o długiej białej brodzie, wspierający się na brzozowej lasce.
- Może to czego szukasz Morgano jest daleko, ale niewykluczone, że leży u twoich stóp.
- Quidem. - potwierdziły chóralnie głosy.
Rozglądnęła się dookoła. Jej oczy powoli przyzwyczaiły się do ciemności. Widziała mężczyzn ubranych w białe szaty i białe płaszcze patrzących na nią uważnie. Nie mieli mieczy, ale każdy wspierał się na drewnianej lasce, przez co wydawali się tajemniczy i groźni.
Lepiej było zawrócić.
Na niebie zabłysła kolejna błyskawica, a huk potoczył się nad lasem. Krzyk przerażenia uwiązł jej w gardle. Czuła jak opuszczają ją siły.
- Morgano, nadal nie wiesz, kim jesteśmy?
Przecząco pokręciła głową, a potem opuściły ją wszystkie siły. Czuła tylko jak silne, ciepłe ramiona podnoszą ją z ziemi, a potem została już tylko czerń.
Jedyne, co do niej docierało, to fakt, iż nareszcie otoczyły ją ciepłe futra, a gdzieś w okolicy płonął ogień, gdyż słyszała trzask węgielków zżeranych przez ogień. Zamrugała powiekami. Przebiegła oczami po wnętrzu ciepłej, bardzo skromnie urządzonej jaskini. Wydawało jej się, że ma głęboką lukę w pamięci, białą plamę. Za nic w świecie nie mogła sobie przypomnieć jak się tutaj znalazła. Dopiero potem zjawiły się jakieś mgliste wspomnienia...
Pochylił się nad nią starzec o łagodnych, wyblakłych oczach, z twarzą pokrytą zmarszczkami i zmęczonym wzrokiem. Dotknął jej rozgrzanego czoła.
- Jak się czujesz?
- Już lepiej. Dziękuję. - cały czas miała bardzo słaby wzrok.
Nad nimi coś się poruszyło.
- Już wszystko w porządku?
Sir Michael wziął ją za rękę. Możne powinien przestać ją dziwić fakt, iż zawsze znajdował się dokładnie tam, gdzie go potrzebowała? Teraz delikatnie gładził jej dłoń. Jego ton był łagodny, jakby pouczał małe dziecko.
- Morgano, co to znów za pomysł, aby podczas wichury przedzierać się przez las? Całe szczęście, że druidzi cię znaleźli.
- Tak, jestem niezmiernie wdzięczna, że przez to spotkanie omal nie umarłam ze strachu. - weszła mu w słowo.
Michael obrócił się do starszego druida.
- Nastraszyliście ją?
- Było już ciemno, spotkaliśmy ją w lesie i otoczyliśmy..
- Głupcy! Co byście zrobili, gdyby umarła z przerażenia?
Morgana oparła się o wilcze skóry i wygodne poduszki. Zamrugała powiekami próbując przyzwyczaić się do półmroku.
- Gdzie jestem?
- To szczątki dawnej świątyni, zamieszkałe przez druidów. Teraz zapomnij, ze to powiedziałem, gdyż Uther dalej prześladuje ludzi znających magię. - odwrócił się do starca - Zielarzu, czy byłbyś uprzejmy zawołać najważniejszych spośród was? Lady Morgana chciała się z nimi rozmówić.
- Jak sobie życzysz, rycerzu.
Wyszeptał jakąś krótką modlitwę i znikł w drzwiach. Zostali sami. Słychać było tylko skrzypienie zwęglonych kawałków drewna. Morgana zapatrzyła się w promienie. Języki ognia wydały jej się nagle konnymi rycerzami, którzy zaczęli tańczyć, coraz szybciej i szybciej. Węgielki posypały się w powietrze i przez moment widziała smoka, przeszywającego niebo, a później wszystko zlało się w jedną twierdzę - Camelot.
- Wszystko dobrze, Morgano?
- Oczywiście. - nie słyszała kiedy weszli.
Chciała wstać i się ukłonić, ale Michael powstrzymał ją ściskając jej rękę.
- Lady Morgana jest bardzo zmęczona. Wolałbym żeby odpoczęła przed podróżą do Camelot. Moje przypuszczenia się sprawdziły. Znalazła księgi i studiuje magię.
Słowa te uderzyły w nią jak grom z jasnego nieba. Czytała księgę, która ją zaintrygowała. Nic więcej. Nigdy nie powiedziałaby, że próbuje zgłębiać zakazaną sztukę. Nie lubiła Uthera, ale wydawało jej się to tak niehonorowe występować przeciw zasadom opiekuna i suzerena, że nigdy nie chciałaby uczyć się magii. Aż do tej chwili.
- Czy - jeden ze starszych narysował niezrozumiały kształt w powietrzu - próbowałaś rzucać jakieś zaklęcia?
Wszyscy w pomieszczeniu patrzyli na nią z rezerwą, ale uważnie śledząc każde zmarszczenie czoła, mrugnięcie powieką.
- Próbowałam, ale nic mi nie wyszło. Za to od pewnego czasu mam dziwne sny...
- Opowiesz nam któryś z nich?
Od dzieciństwa uczono ją, aby nie ufać obcym. Popatrzyła niepewnie na Micheala. Mężczyzna mocno ściskał jej ręce. Mrugnął oczami. Dodało jej to odwagi.
- Najczęściej widzę ogromne pole, a po obu stronach stoją wielkie wojska. W powietrzu dygocą proporce. Nie dostrzegam jakie. W powietrzu kołują dwa smoki, jednego łuski lśnią tak w słońcu, że nie jestem pewna jakiego jest koloru, ale najprawdopodobniej złoty. Drugi jest zupełnie biały. Wtedy dostrzegam, że wojska białego smoka są spowite przez ciemność, a nad nimi jaśnieje srebrny księżyc, za to druga armia jest przebrana w karmazyn, lśniący w promieniach jasnego słońca. Zderzają się kolumny jeźdźców i wówczas słyszę jedynie krzyki.
Chciała, żeby jej uwierzyli, choć brzmiało to dziecinnie. Patrzyła w ich twarze, ale wszyscy mieli nieodgadnione miny.
- Tak? Co o tym sądzicie.
Jeden z mężczyzn pogłaskał ją po włosach.
- Dziecko, masz najrzadszy możliwy talent.
- Czyli mi wierzycie?
- Przepowiednia o której mówisz została wypowiedziana wiele pokoleń temu, a przekazana aż do dzisiaj. Jesteś wieszczką, moja mała.
Cała drżała z podniecenia i wodziła oczami po wszystkich twarzach, ale na żadnej nie odczytała radości.
- Nie radujecie się ze mną? - zapytała zdziwiona.
- Z czego mielibyśmy się cieszyć lady Morgano? Jesteś związana z magią, a to jest niebezpieczne dla zwykłych ludzi... nie wspominając o córce króla.
- Wychowanicy króla. - sprostowała.
- Jeśli tak chcesz wierzyć.
- Uther... - podniosła głos.
- ... miał wiele dzieci z nieślubnego łoża. - dokończył cicho Michael - Przykro mi, że dowiadujesz się tego w takiej sytuacji.
- Nie wydadzą mnie za Artura!
- Szczęście w nieszczęściu.
Odpowiedział jeden z druidów o lasce zakończonej przejrzystym kryształem górskim. Chór głosów, rozbawionych entuzjazmem kryjącym się w głosie Morgany odpowiedział.
- Quidem.
Udała, że zna to słowo i rozparła się wygodnie na łóżku. Nareszcie czuła się bezpieczna, znajdowała się między podobnymi sobie ludźmi.
Nagle do sali wpadł wysoki, chudy, czarnowłosy chłopak o kujących swą niebieskością oczach.
- Mordredzie, mogłaś poczekać na zewnątrz. - upomniał go jeden z druidów.
- Przepraszam, jednak lady Morgana musi udać się do Camelot. Jej nieobecność do tej pory mogłaby wydać się podejrzana.
- Masz rację, chłopcze. - przytaknął Michael wstając - Morgano, czy dasz radę iść?
- Chyba nie.
Wziął ją w ramiona, a jeden ze starców dotknął jej czoła szepcząc niezrozumiałe słowa. W końcu otworzył oczy i uśmiechnął się do niej pokrzepiająco.
- Bogowie będą przy tobie, niech Cernunnos prowadzi cię przez skomplikowane ścieżki życia. Zawsze będziesz tutaj mile widziana, Morgano.
- Na pewno przyjdę. Będę miała wiele pytań.
- Na które wszyscy poszukamy odpowiedzi.
- Quidem. - odpowiedzieli inni druidzi.
Ich głosy były tak różne; jedne wysokie, inne niskie, ciche i głośne, a jednak wszyscy mówili jak jedna osoba, jakby kierował ten sam instynkt. A co najważniejsze wymówili to jedno słowo zgodnie. Nie było ważne, co znaczy. Najistotniejszy wydawał się fakt, że jednoczyło tych ludzi.

Adio!
Sophija

27 grudnia 2014

Misz-masz

Witajcie,
Nareszcie śnieg! Powiało świąteczną atmosferą i mrozem. Dopadło mnie w końcu świąteczne lenistwo! Nie ma mowy, żebym wstała przed 12.00, dużo czytam, cieszę się każdą wolną od obowiązków chwilą!!!
Dzisiaj w notce macie ful-wypas: krótką sesyjkę, życzenia, rozdzialik, LA... stąd ten uroczy tytuł :)

Najpierw w świątecznej atmosferze, która jeszcze ze mnie nie wyparowała przedstawiam krótką sesję Amarillo na choince~~


Dalej rozdział... (nieświąteczny)

Leon
Na zachodzie w powodzi jaskrawoczerwonych, złotożółtych i purpurowych chmur zatonęła wielka kula słońca, a po drugiej stronie horyzontu swą wspinaczkę po niebie rozpoczął blady księżyc.
Anne zatrzepotała długimi rzęsami i spojrzała na niebo, pełne tysięcy jasnych gwiazd, oświetlających im drogę. Nawet przy tym mizernym świetle Leon dostrzegł, że szkliły jej się oczy. Ścisnął jej rękę i wyszeptał.
- Już niedługo będziemy na miejscu.
Jednak ona go nie słyszała i w majakach zaczęła opowiadać o rodzicach, ogniu, ciemności i strachu. Wbrew woli ściskał mocno jej drobną, bladą dłoń i szeptał łagodnym głosem, ciche, uspokajające słowa.
Konie ledwie szły, potykając się o korzenie. Weszli w ciemny las, gdzie pod górę wiodła wąska ścieżka. Noce były tu zdecydowanie chłodniejsze niż dni, więc wszyscy zaciskali pięści, aby choć trochę się ogrzać. Wędrowali tak, gubiąc drogę i krążąc bez celu w koło przez całą noc. Ich podróż przerwały pierwsze promienie słońca.
Leon zażądał postoju, gdyż nikt nie był w stanie usiedzieć już w siodle. Wiedział, że Anne za kilka godzin umrze, ale nie był w stanie nic dla niej zrobić. Potrzebowali snu.
Na pierwszą wartę zgłosił się sir Myron, więc wszyscy posnęli między drzewami, a on wsparty o pień wpatrywał się w lady Anne. Było mu jej żal; wydawała się taka młoda, bardziej przypominała dziecko niż kobietę. Mimo to widać okrutni bogowie pragnęli ją wziąć do siebie.
Anne na dodatek była córka jego dobroczyńcy. Nigdy nie przypuszczał, że ta drobna dziewczynka, która wspinała się po drzewach lepiej od wszystkich chłopców, kochała jeździć konno i błagała ojca o łuk zostanie w przyszłości tak wdzięczną damą. Tym bardziej nigdy nie przyszło mu na myśl, że, dostojna przy matce, dodająca wszystkim dookoła nadziei, cały czas uśmiechnięta dziewczynka będzie kiedyś na jego oczach walczyć ze śmiercią.
Łzy napłynęły mu do oczu. Nagle pod wpływem rozmyślań korony drzew zlały się przed jego oczami, a świergot ptaków wydał się muzyką trubadurów, odwiedzających często lorda z Cytyni. Zasnął.
Leon zerwał się na równe nogi. Słońce było w zenicie. Przeklął siebie za nieostrożność, a gdy zobaczył śpiącego strażnika usta zadrżały mu z bezsilnej wściekłości. Nagle ktoś położył mu rękę na ramieniu. Chwycił miecz, ale ten natychmiast wypadł mu z ręki.
Stała przed nim mistycznie piękna kobieta, której jasna suknia spływała do ziemi, a czarne loki opadały aż do stóp. Rozpoznał, że stoi przed mieszkanką południa, po jasnym świetle, które wokół siebie roztaczała i lekko szpiczastych, uniesionych ku górze uszach.
- Czego szukacie po tej stronie granicy?
Głos kobiety przywodził na myśl dźwięk lutni, ale oczy miała groźne i widział w jej dłoni mały, ale bardzo ostry sztylet. Wiedział, że ona nie zawaha się go użyć.
Nerwowo przełknął ślinę.
- Ratunku dla rannej.
- Zaprowadź mnie do niej i nie próbuj żadnych sztuczek.
Dopiero teraz zauważył, że mimo płynnej wypowiedzi mówiła z większa melodyjnością, niż mieszkańcy ziem Camelot. Ukląkł przy lady Anne.
- To ona. Proszę, uratujcie jej życie. - nagle jego głos się załamał - Nie mam ze sobą złota, aby wam zapłacić.
W jego oczach zalśniła iskierka nadziei. Ta kobieta miała w sobie coś nieprzystępnego, niepojętego dla zwykłych ludzi, ale na pewno była w stanie ocalić dziewczynkę. Zmierzyła go wzrokiem. Sprawiała wrażenie zdziwionej, ale mogła udawać. Mieszkańcy południa nie lubią pokazywać innym, co myślą naprawdę.
- Nie znasz jej.
Wiedzieli też więcej od zwyczajnych ludzi i nic nie mogła ukryć się przed ich bystrym wzrokiem, więc Leon nie okazał większego zdumienia.
Słyszał równy oddech towarzyszy i przypomniał sobie swoją siostrę, którą zostawił w rodzinnym zamku jadąc do Camelot. Anne była do niej tak podobna, choć nieco młodsza i drobniejsza. Słowa, które mówił zjawiały się znikąd, gdyż w głowie miał wielką pustkę.
- Wiele przeżyła, jest córką dawnego doradcy króla.
- Tak. - odpowiedziała zamyślona kobieta.
Leon słyszał tylko bicie własnego serca.
- Pomożesz jej?
- Nie ufam wam, barbarzyńcom z północy. - odpowiedziała wydymając usta - Twoja bezinteresowność jest niepojęta, wolę, gdy ludziom przyświeca brudny cel, ponieważ wtedy przynajmniej wiem o co im chodzi. Jestem w stanie też zrozumieć, gdy przychodzą z zapłatą za uzdrowienie, co w ostatnich czasach bardzo często się zdarza.
Kruk zakrakał przejmująco.
- Nie mogę ofiarować Ci nic, poza moją wdzięcznością, ale błagam ocal ją, a przybędę z górą złota i odwdzięczę się za twoją przysługę
- Czym jest złoto dla uzdrowicieli ceniących sobie skromność, ubóstwo i szczęście?
Zabrakło mu argumentów.
- Nie pomożesz mi? Zostawiając na pastwę losu śmiertelnie ranną i umierającą dziewczynkę zachowasz się jak ci barbarzyńcy z północy, których tak nienawidzisz.
Uśmiechnęła się cierpko.
- Zawsze wystawiam ludzi na próbę. - Zerknęła na lady Ann - Pomogę jej, bez zapłaty. Weź ją na ręce i choć za mną. Twoi towarzysze tu zostaną, wrócimy do nich później.
Podniósł łagodnie lady Anne, jakby nie ważyła więcej niż piórko i ruszył za kobietą. Sam nie wiedział, dlaczego poprzysiągł sobie ocalić córkę lorda Eddarda.

Życzenia; lepiej późno, niż wcale!
WESOŁYCH ŚWIĄT I SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!!!
Oczywiście spełnienia marzeń...
Moje największe, spełniło się zupełnie znienacka - wczoraj rano wstałam, spojrzałam za okno i krzyknęłam "Śnieg"; teraz cały Kraków jest zasypany pod bialutką kołderką :D

Malia... oficjalnie (nie)dziękuję za nominację
- ja nominuję wszystkich szczęśliwców, którzy na powyższym zdjęciu znajdą tyle modeli ile mają palców u rąk! :D

1. Co obecnie czytasz?
 Już pierwsze pytanie stawia mnie pod murem!
Spróbuję wymienić choć połowę tych książek....
 E.E. Smitch - Dziecko Noego, Kobieta w lustrze
 A. Mickiewicz - Dziady, Pana Tadeusza
Tomik poezji Stachury
Rozważną i romantyczną - Jane Austen
Skrawki błękitu - Louis Lowry
Atramentowe serce
Miłość w czasach zarazy
2. Należysz do jakiegoś fandomu?
Mentalnie do wielu, ale w żadnym się nie udzielam ;)
3. Czy kolekcjonujesz jeszcze coś oprócz modeli (dla tych bez figurek - czy coś zbierasz?)
Wspomnienia?
4. Wymarzone miejsce na spędzenie wakacji.
Nie ważne gdzie, ważne z kim!
5. Ulubiony miesiąc w roku.
Sierpień
 6. Film, który zrobił na Tobie największe wrażenie.
Zdecydowanie "Czarny łabędź"... choć leżałam po nim patrząc się beznamiętnie w sufit i próbując pohamować łzy.
 7. Twoje drugie imię.
Anna
8. Twój idealny dzień.
 -wstaję koło południa
 -piję kawę i jem croissanta oglądając fakty z poprzedniego dnia
 - lecę do miasta coś załatwić/ spotkać się z kimś
- wracam do domu i czytam/robię prace plastyczne
- przed pójściem spać oglądam wspaniały serial :D
9. Lubisz chodzić do pracy/szkoły?
Tak. Co prawda jestem wtedy strasznie zaspana, zazwyczaj jeszcze rano nic nie umiem i towarzyszy mi mały stresik, ale nic zastąpi momentu, kiedy wchodzę do klasy i słyszę radosne głosy, że przyszłam, potem wszystkie dziewczyny mnie ściskają, a chłopaki mówią z udaną powagą parodiując mnie "dzień dobry".
10.Cytat, który pomaga Ci w trudnych chwilach.
Poznałam go dzięki Malii -
Być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo. (J.Piłsudski)
11. Wymarzona praca.
 Teraz zaskoczę moim niezdecydowaniem.
 Marzy mi się praca w dyplomacji...
Ale robienie linorytów np jako ilustracje do książek też nie byłoby złe...
Też nie miałabym nic przeciwko czytaniu książek, a później rozpopularyzowaniu ich na arenie międzynarodowej (ten zawód chyba nie ma swojej nazwy w języku polskim)

22 grudnia 2014

Rozdział 11, LA i WESOŁYCH ŚWIĄT!

Witajcie!

 I już święta.... Niby wszystko fajnie, ale przypomina mi to jak ten czas szybko leci :/ I ile sobie naobiecywałam w ostatniego Sylwestra... I ile z tych obietnic  się nie spełniło... Można powiedzieć, że od tego czasu wszystko zmieniło się o 180 stopni. Ciekawe, kim będę za rok o tej porze?

Dobrze, kończę biadolenie.Może wreszcie uda mi się poczuć nastrój nadchodzącego wydarzenia, którego świadomość chyba jeszcze do mnie nie dotarła...  Przecież mamy Boże Narodzenie, dni wyczekiwane przez większość z nas. Chwilowa przerwa od biegania za ocenami (nie wiem jak Wy, ale ja przez ostatni miesiąc była w jakimś dzikim szale :P). Jeszcze tylko trochę śniegu i byłoby idealnie, ale nie ma co narzekać.

Dlatego zarówno ja jak i Sophija życzymy Wam bardzo, bardzo wesołych świąt i wspaniałych figurkowych ( i nie tylko) prezentów!! Dobrze wykorzystajcie ten czas :)


A od siebie samej składam jeszcze życzenia wspaniałego roku 2015 (moja następna notka wypada już w styczniu). Sylwestra spędźcie tak jak najbardziej lubicie (ja osobiście zawsze siedzę w łóżku i czytam :P), a potem postarajcie się zrealizować swoje wszystkie noworoczne postanowienia. I bądźcie szczęśliwi!


Jako że patrząc na tytuł, idziemy od końca - czas na LA. Zostałam nominowana przez Amore Cane z bloga http://amore-cane.blogspot.com/. 

Moje nominacje (kto chce się dopisać - zapraszam, kto nie chce odpowiadać - nie zmuszam):

współautorka tego bloga (też Cię kocham :P)

Moje pytania:
1. Co obecnie czytasz?
2. Należysz do jakiegoś fandomu?
3. Czy kolekcjonujesz jeszcze coś oprócz modeli (dla tych bez figurek - czy coś zbierasz?)
4. Wymarzone miejsce na spędzenie wakacji.
5. Ulubiony miesiąc w roku.
6. Film, który zrobił na Tobie największe wrażenie.
7. Twoje drugie imię.
8. Twój idealny dzień.
9. Lubisz chodzić do pracy/szkoły?
10.Cytat, który pomaga Ci w trudnych chwilach.
11. Wymarzona praca.

Teraz moje odpowiedzi.

1. Dlaczego zbierasz modele? Dlaczego nie przestajesz?
To jest dobre pytanie :P Ja mam w sobie taką jakąś "manię zbieractwa" - muszę coś kolekcjonować i zawsze to robiłam. Myślę, ze to rodzinne ;)
2. Który model jest twoim ulubionym i dlaczego?
Trudno jest mi wybrać. Każdy z nich jest szczególny, lecz najcenniejsze są chyba Trady.
3. Którego ze słynnych koni lubisz najbardziej? Dlaczego?
Pilarkę, słynną janowską klacz arabską. Gdy byłam mała, zawsze udawałam że nią jestem :P
4. Masz jakiegoś swojego ulubionego konia (swojego/z którym masz styczność)?
Tu też niełatwo wybrać, ale myślę, że na chwilę obecną będzie to Bahama - która "przywróciła mnie na jeździectwa łono".
5. Czy twoi znajomi widzą, że zbierasz modele? Jak to przyjmują?
Nigdy nie kryłam się z moimi poglądami/dziwactwami. Znajomi nie mają nic przeciwko, ale z radością widzę szok na ich twarzach, gdy wchodzą do mojego pokoju :)
6. Która skala jest twoją ulubioną i dlaczego?
Myślę, że 1:9 - osobiście najlepiej robi mi się im zdjęcia.
7. Kupujesz modele w sklepie stacjonarnym czy przez internet? A może tu i tu? 
Kiedyś najczęściej w galeriach handlowych - dziś raczej przez internet. W sklepach stacjonarnych zwykle nie ma tego czego potrzebuję.
8. 3 fakty o tobie, których jeszcze nie publikowałaś.
Ściany mojego pokoju są pomalowane na zielono.
Mam awersję do Sienkiewicza :/
Za to, co dziwne Proust zaczął mnie wciągać
9. Masz zwierzaki? Wstawisz zdjęcie/a?
Tilly (Śmierdziel)

10. Ile masz lat, a ile miałeś/aś, gdy zaczynałaś przygodę z kolekcjonerstwem?
2 klasa gimnazjum. Zaczęłam w 2009 roku. potem przestałam. Reaktywowałam w 2012.
11. Ile masz obecnie modeli?
Więcej niż 211

W końcu przejdźmy do rozdziału. Ostatni fragment - klik.

- Naprawdę świetnie pani tańczy! – jej partner delikatnie musnął ustami jej ucho.
- Pan również. – odparła, dając się przy tym poprowadzić w ciemny koniec sali. Ten wieczór spędzała na działaniach operacyjnych. Przystojny Włoch miał jej pomóc w odkryciu dalszych ruchów swego kraju.
Pracowała  w tej „branży”, jak wszyscy ją określali już pół roku. Odbyła setki oficjalnych rozmów z przedstawicielami obu zainteresowanych stron, których zaufanie udało jej się szybko zdobyć. Była również w Skandynawii, gdzie Niemcy pozwolili jej trochę powalczyć – aby, jak to określili „nie nudziła się”. Co prawda jej praca ograniczała się tylko do kilku lotów bombowcem w roli pasażera ( szkolono ją na pilota), ale zawsze dawało to cień szansy na spotkanie jakiegoś Polaka.
Jednak w miarę upływu czasu coraz wyraźniej widziała, że najwięcej informacji można uzyskać w zupełnie nieoficjalnych sytuacjach. Wszyscy wysoko postawieni mężczyźni robili się szczególnie rozmowni po jednym lub dwóch kieliszkach. Potem ona wkraczała do akcji – prawiła komplementy, przysuwała się bliżej, dotykała dłoni – i wypytywała.
Takim oto sposobem alianci nie doznali całkowitej klęski na froncie północnym ( poznała bardzo otwartego oficera niemieckiego, który potem zginął z ręki Philla).
- I jak się panu podobają Niemcy? –spytała niewinnie.
- Cóż, to wspaniali ludzie. Miałem okazję wiele razy z nimi rozmawiać i okazali się zdecydowani, twardzi – idealny partner dla naszego kraju.
- Partner? – podchwyciła szybko.
- Cóż, nie powinienem był tego mówić, ale przecież przy pani nie muszę się niczego obawiać. Taka piękna kobieta nie jest przecież podwójną agentką, prawda? – roześmiał się głośno.
- Ależ co panu przyszło do głowy? – udała oburzoną, po czym również się uśmiechnęła.
- Ale faktycznie, możliwe, że niedługo będzie mogła pani wraz ze mną zwiedzać Kalabrię. Albo może i nawet Grecję, aczkolwiek szybko przekona się pani, że Ateny mają się nijak do Rzymu.
- Może usiądziemy, jestem już zmęczona. – odrzekła na to, nie okazując ogromnego zadowolenia z uzyskanych informacji.
- Oczywiście. Kelner! – zawołał. – Prosimy jeszcze po jednym!
Resztę wieczoru spędziła słuchając pijackich opowieści Włocha o jego „mammie” i reszcie rodziny.

- I jak poszło? – zapytał, całując ją po przyjacielsku w policzek.
- Chyba dobrze. Chyba nawet bardzo dobrze! – odparła, uśmiechając się do swojego współpracownika, Philla Watsona. – Włosi zamierzają wybrać się wraz z Rzeszą na Grecję, przynajmniej tyle powiedział mi ten podpity Italiano.
- O, to ciekawe, dziękuję. Ale wiesz, doszliśmy do wniosku, że można by cię teraz gdzieś przerzucić. Nie podobają mi się te twoje kontakty z tym Włochem.- wyszeptał. On jest taki nieokrzesany.
Roześmiała się.  Wiedziała, że Phill bardzo, bardzo ją lubił (może jako szef nawet za bardzo) i każdy jej kontakt z innymi, co gorsza atrakcyjnym mężczyzną wywoływał u niego napady zazdrości. Dla niej nie był jednak niczym więcej jak przyjacielem, a i tu czasami przemawiała do niej wrodzona nieufność.
- Dobrze, a mówiąc poważnie – o co chodzi?
- Na kilku spotkaniach w gronie niemieckim padła propozycja, żeby wysłać cię do Polski. Widocznie stwierdzili, że informacje o Brytanii i Francji to za mało. Chcą wykorzystać Twoje pochodzenie – użyć jako szpicla. Niby oddanej Polsce,  a potajemnie donoszącej. Mówiąc szczerze, coś takiego nam także bardzo by się przydało. W waszym kraju dzieją się dziwne rzeczy – jakieś obozy, jakieś prześladowania. Korzystnie byłoby też nawiązać jakiś bezpośredni kontakt z Rosją, a komu jak komu, ale tobie byłoby łatwo. Oni lubią ładne dziewczyny. – wyszczerzył się, lecz zaraz spoważniał. - Jednak twoja odmowa będzie przez nas zrozumiana. W końcu sama wiesz, jak zaczniesz być postrzegana wśród swoich znajomych i przyjaciół.

Do Polski! Czyż nie o tym marzyła od tylu miesięcy? Jednak propozycja, którą przed chwilą usłyszała napawała ją strachem.  Po pierwsze, nie będzie mogła nawet poszukać rodziny, a co drugie i gorsze w oczach swoich rodaków stanie się zdrajczynią. Ale przecież…
- Zgadzam się.
- Jesteś pewna? Wiesz, zawsze mogę jakoś wymanewrować tymi idiotami, żeby zrezygnowali i dali ci spokój.
- Nie, chcę jechać. Tak, wiem z czym to się wiąże. – rzekła, widząc, że chce jej przerwać.
- I wiesz jaka jest kara za rozmowę z najbliższymi lub jakieś inne nieposłuszeństwo?
- Wiem. ‘Śmierć’.-dopowiedziała w myślach.

Lecę ubierać choinkę!
Jeszcze raz wesołych i do zobaczenia w przyszłym roku :)
M

30 listopada 2014

Wieszczka

Witajcie!
Notka wynurza się spośród stosów papierów porozrzucanych w dzikim nieładzie na moim biurku. Jednocześnie rysuję mapę świata rzeczywistego i Westeros, robię linoryt dla ojca koleżanki, piszę opowiadanko, składam scenki w scenariusz (tak moi państwo, zostałam wybrana do pisania scenariusza, którego będziemy kręcić do czerwca dużą grupą ze szkoły; genialny pomysł!), a jakby tego było mało wkuwam na cztery sprawdziany. Typowe niedzielne popołudnie :P

Oto takie małe ozdoby z papieru, które nakleję na kartki świąteczne i wyślę w świat! Dziwne, że przed momentem narzekałam na koniec wakacji, a teraz zrywając kolejne kartki z kalendarza widzę zbliżające się nieustannie święta...

 


Gwiazdy to małe, lśniące promyki zsyłające marzenia
- A. de Saint - Exupery

Morgana
Noc zapanowała w Camelot, otulając mury zamku ciemną płachtą. Lady Morgana siedziała przy świecy śledząc pilnie karty opowieści. Obok niej rozpościerały się miękkie poduszki, u stóp wychowanki króla leżały bukiety róż, które dostała tego dnia z okazji urodzin. Dzisiejszy dzień okazał się wcale nie najpiękniejszym momentem jej młodego życia. Wcale nie chciała wychodzić za mąż, ale pozostawanie panienką w tym wieku wydawało się dziwne wszystkim lordom. Westchnęła głośno i wyciągnęła się z rezygnacją na łóżku.
Do pokoju wpadła Gwen. W ręce niosła kaganek rzucający cień za służącą. Wychowanka Uthera uśmiechnęła się na jej widok. Burza rudych loków i kilka uroczych piegów nadawały dziewczynie ciepły widok, zupełnie jak zielone pałające radością życia oczy.
- Pani, już jest późno, a jutro też nadejdzie dzień. Może warto, abyś poszła spać? - zasugerowała służka.
Tak, jutro też nadejdzie dzień. Chciała, aby dzisiejsza noc trwała jak najdłużej, a jutrzejsze słońce nigdy nie ozłociło wschodnich pól. Następnego dnia Uther Pendragon miał zadecydować o jej dalszych losach. Prawdopodobnie chciał wydać ją za mąż z pożytkiem dla kraju. Wypełniła ją rozpacz. Nigdy! Za żadne skarby! Oddałaby wszystko, aby odwlec ten nieodwołalny moment..
- Dzisiejszy dzień był wyjątkowo okropny, Gwen.
Rudowłosa usiadła obok niej, przypatrując się z uwagą swojej pani.
- Czy król już zadecydował... - zawiesiła głos.
- Nie.
Oczy damy zaszkliły się, a potem pojawiły się w nich gorące łzy. Gwen wzięła jej lodowate palce, w swoje ciepłe, szlachetne i zapracowane ręce. Nic nie mówiła. Morgana łkała cicho.
- Gwen, zamieniłabym się z tobą. Albo uciekłabym z Camelot...
- Pani, gdzie byś poszła?
Morgana usłyszała trzy harmonijne uderzenia o ścianę. Serce zabiło jej szybciej. To był tajny szyfr, który znały tylko dwie osoby z zamku. Musiała jak najszybciej skończyć rozmowę. Gwen uśmiechnęła się pokrzepiająco.
- W jakieś piękne miejsce. Sama nie wiem. To nie było mądre. Miałaś racje Gwen, powinnam iść spać.
Służąca zdziwiona tą szybką zmianą z zachowaniu panienki pożegnała się i zdmuchnęła wątły promień świecy. Morgana słyszała jeszcze przez chwilę jak córka kowala krzątała się w pomieszczeniu, a później zamknęła za sobą drzwi.
Wychowanka Utehra narzuciła na siebie szmaragdowy płaszcz i odgarnęła bujne włosy z czoła, aby lepiej widzieć. Na palcach, aby jej strażnicy niczego nie usłyszeli zakradła się do arrasu, który od zawsze przykrywał jedną ze ścian pomieszczenia. Odgarnęła materiał i szybko popchnęła kamienną ścianę. Skała natychmiast ustąpiła, pozwalając Morganie zagłębić się w tajnych przejściach, których było pełno pod Camelot.
Zbyt się śpieszyła i zapomniała wziąć ze sobą pochodni! No cóż, nie było warto wracać. Macając wilgotną ścianę szła powoli w stronę wyjścia, gdzie czekał na nią chłodny wiatr, wolność i przyjaciel. Uśmiechnęła się na tą myśl. Wszelkie problemy znikły, pozostał tylko ciemny i wilgotny korytarz.
Dostrzegła w końcu ciemne niebo i jeszcze ciemniejszą postać. Mężczyzna odwrócił się, spojrzał na nią, a ukłoniwszy się zgodnie z etykietą zaczął rozmowę.
- Lady Morgano...
- Teraz wystarczy Morgano,sir Michael. Przecież nie otaczają nas sztywni ludzie, którzy nieprzychylnie witają każdą, choćby najdrobniejszą poufałość!
Stali pod skałą, nad nimi piętrzył się złowrogi, piękny zamek, a jego wieżyczki spoglądały jakby z pogardą na dwójkę ludzi z rozmarzeniem wodzących wzrokiem po rozgwieżdżonym niebie. Gałęzie drzew szeptały niezrozumiałe słowa, a rzeka Camel szumiała u ich stóp, odbijając się gwałtownie o skalisty brzeg i pozostawiając na nim białą pianę. Byli blisko gór, a daleko od morza.
- Chodź, łódź jest zacumowana nieco niżej, ukryta wśród sitowia.
Rozglądnęła się dookoła.
- Czy to bezpieczne? W lasach można znaleźć dzikie zwierzęta i jeszcze dzikszych ludzi...
- Pani, jestem z tobą.
Tak, był rycerzem. Nie miała się czego bać... może z wyjątkiem cywilizowanego zamku, w którym przed ostrymi językami, plotkami i posądzeniami nie można było się obronić ostrym mieczem.
- A co jeśli odkryją, że nie ma mnie nocą w twych komnatach?
Ujął ją delikatnie za rękę. Jego oczy były czarne pośród mroku, ale wydawały się przy tym tak jasne i ujmująco szczere, że zgodziłaby się na wiele jego pomysłów.
- Morgano, a co możesz jeszcze stracić? Nieskazitelną opinie? Na to nie zgodzi się Uther przez pamięć o twoich rodzicach. Może lękasz się uchodzenia za rozwichrzoną, niepokorną dziewczynę? Ale przecież nią jesteś. - uśmiechnął się szelmowsko i dodał - Moja Pani.
- Chodźmy - rzuciła, siląc się na obojętny ton.
W końcu nie obchodziło ją, co sobie pomyślą inni.
W blasku księżyca łódź przemykała się gładko po grzbietach fal, płynąc z nurtem. Morgana wpatrywała się w brzegi, tchnące spokojem drzewa i wieczne gwiazdy, lśniące jak najpiękniejsze światła wskazujące drogę wędrowcom.
- Dlaczego chciałeś, żebym uciekła z Camelot? - zapytała zamyślona.
- To nie jest prosty czas... dla nikogo z nas. Uther jak co pięć lat organizuje wielki turniej rycerski, największe świętego w siedmiu krainach. Zapewne za niedługo zjadą się do nas królowie z dworami, znamienici rycerze, próbujący zdobyć majątek, weseli błaźni, płatni mordercy...
Zmarszczyła czoło. Po co opowiadał jej o czymś, o czym doskonale wiedziała? W swoim życiu była już na jednym takim turnieju i doskonale pamiętała barwnych ludzi, uczty i przechwałki rycerzy.
- Codziennie najbliższym władców grozi niebezpieczeństwo. W Camelot będę doskonale chroniona. Nie masz się czym przejmować. Poza tym nie przybędzie tak wiele władców.
- Jeden uzbrojony człowiek wystarczyłby, aby zabić drugiego nieuzbrojonego. Chodzi mi o to, że tobie nie może się nic stać. Słyszałem opowieści nadlatujące znad południowych krain... ponoć i ty zagłębiasz się w starych księgach.
- Nic z nich nie rozumiem.
Powiedziała pośpiesznie. Zbyt szybko wyszeptała te słowa. Rozpoznał fałszywą nutę w jej głosie. Znał ją stanowczo zbyt dobrze. Tymczasem pozwolił, aby jej słowa wybrzmiały w ciszy nocnej.
- Nie ma nic złego w zagłębianiu się w arkanach magii.
- Czary są zakazane. - odpowiedziała rezolutnie.
- Dlatego próbujesz je zrozumieć?
Głęboko dotknęły ją te słowa. Urażona nic nie odpowiedziała, tylko popatrzyła w wodę. Czuła na sobie jego uważny wzrok.
- Morgano, nie myśl, że chcę cię zranić. Jestem po prostu ciekawy, czy coś Ci wychodzi. Wiesz przecież, że to co mi powiesz pozostanie między nami.
Była o tym przekonana. Od tak dawna chciała się z kimś podzielić. Ciążyła jej ta tajemnica.
- Niewiele, choć miewam sny.
- Jak każdy. - roześmiał się wesoło.
- Sęk w tym, że widzę w nich rzeczy równie wyraźnie jak na jawie i niektóre przypominają dzieje różnych postaci z przeszłości, o których czytał mi maester, a inne są zbyt podobne do przepowiedni starego ludu.
Oniemiał i wpatrywał się w nią. Nie mogła odróżnić, czy w tym spojrzeniu było więcej ciekawości, czy zdziwienia. Na pewno nie dostrzegła w nim strachu. Odetchnęła z ulgą; bała się, że przez swoją odmienność straci przyjaciela. Zapomniała, że sir Michael zawsze akceptował ludzi takimi, jacy byli nic od nich nie wymagając.
Otworzył usta chcąc coś mówić, ale głośno zabiły dzwony w cytadeli. Wymienili spojrzenia.
- Muszę szybko wracać.
Bez słowa skierował łódź do brzegu i ruszył z nią do tajnego przejścia. Nie mieli czasu porozmawiać dłużej, a on miał tyle pytań bez odpowiedzi. Wchodząc z powrotem do korytarza pokłonił się.
-Pani, muszę już iść, gdyż gdybyś zjawiła się ze mną w twojej komnacie byłoby to bardzo podejrzane. Bądź dzielna. Jeśli rozumiesz coś ze starych ksiąg nie mogą cię zmusić do niczego. Możesz zrobić, co tylko uznasz za stosowne.
Nie wiedziała, czy mówił szczerze, czy po prostu pragnął ją pocieszyć, ale przyjęła te słowa z wdzięcznością. i znikła w głębokim korytarzu.

Trzymajcie się ciepło w te nadchodzące grudniowe mrozy!
Do napisania!

Sophija

PS. Maju, strasznie jeszcze raz przepraszam, że dałam Ci tyle czekać!