Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one shoty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one shoty. Pokaż wszystkie posty

13 sierpnia 2015

Bonnie, Clyde i nie tylko

Dzień dobry!

Jak to się dzieje, że wakacyjny czas tak szybko biegnie?
Pewnie wszystko dlatego, że mam teraz tyle przeróżnych zajęć! Naprawdę nie wiem, jak ktokolwiek może narzekać na nudę - jest tak wiele ciekawych książek i filmów, a letnie miesiące to jedyny czas kiedy mogę sobie pozwolić na nieograniczone czytanie i oglądanie. Coraz lepiej idzie mi też strzelanie z łuku ( ostatnio mało brakowało, a byłoby po kurze sąsiadów :P). Nałożyłam już kilka  pierwszych warstw pasteli na classica, nad którym aktualnie pracuję - zobaczymy, co dalej z tego wyniknie. Poza tym ciągle przyjeżdżają do mnie paczki z nowymi lokatorami stadniny, więc spodziewajcie się opisów ;) Oprócz tego sporo czasu przeznaczam również na pisanie (zresztą za chwilę będziecie mogli się o tym przekonać) i składanie nowych filmików. Innymi słowy - wszelkie odkładane przez ostatnie dziesięć miesięcy prace idą pełną parą!

24 czerwca 2015

One shot, spotkanie modelowe i kilka innych spraw....

Hej!

Dziś mamy duuużo spraw do załatwienia. Po pierwsze - w zeszłą sobotę miałam niezwykłą przyjemność spotkać się z Metalfish i NAF, znane Wam zapewne z forum Modele Koni. Dziewczyny przywiozły ze sobą kilka naprawdę świetnych modeli, którym z przyjemnością przyjrzałam się na żywo ( w ogóle wspólnie zorganizowane jedzenie  również było bardzo zacne!) i przede wszystkim przywiozły siebie - dwie pozytywnie zakręcone osóbki. Wreszcie mogłam  z kimś porozmawiać  jak "modelarz z modelarzem". Wielkie dzięki za to spotkanie ( ci co nie byli niech żałują ;)! Mam nadzieję, że uda nam się je kiedyś powtórzyć ;)


Niestety, w tą samą sobotę otrzymałam również bardzo przykrą wiadomość, z której dalej nie mogę się otrząsnąć. Odeszła przewodniczka stada z Marineland Antibes - Freya. Była jedną z moich ulubionych orek - stanowcza, czasami trudna ale pełna piękna i wdzięku. Miała 32 lata i od pewnego czasu chorowała. Tak dobrze pamiętam ją z zeszłorocznej wizyty w Antibes! Miałam nadzieję, że jeszcze kiedyś ją zobaczę. Niestety, nie zdążyłam...


źródło - orcahome.de

Z ogłoszeń - czy zdajecie sobie sprawę, że to ostatni post w tym roku szkolnym? Mój wakacyjny grafik jest napięty do granic możliwości - i niestety raczej nie przewiduje dobrego dostępu do internetu :/ Cóż - zobaczę jak to zorganizuję. Druga sprawa - szykujcie się na jakiś konkurs ^^  A po trzecie - muszę się Wam przyznać, że ostatnio szaleję modelowo-zakupowo. Efekty tego wariactwa zobaczycie już wkrótce ;)

Aha - mam ważne pytanie. Jak może niektórzy wiedzą obecnie pasjami piszę eseje ( tak przynajmniej twierdzi moja polonistka :P). Bylibyście ewentualnie zainteresowani ??
Z chęcią uraczyłabym Was również swego rodzaju fanfikami związanymi z prozą Fitzgeralda oraz Dostojewskiego ( szczególnie Zbrodnią i karą) :) Tylko nie wiem, czy wszyscy czytali oryginały. 

Póki co mam dla Was następnego one shota. Nie wiem, czy będzie Wam się podobał bo wyszedł taki trochę w stylu Kafki, no i mogłam go jeszcze dopracować :P Niemniej miłego czytania! ( zawiera śmierć i trochę drastycznych scen)

Poranek był ciepły. Jasne, zalane światłem niebo grubą linią odcinało się od pasiastych dachów płóciennych namiotów The John Robinson Circus.
Obok jednego z nich stało właśnie pięciu potężnie zbudowanych, czarnoskórych mężczyzn.  Nonszalancko oparci o stojące obok słupki w milczącej zadumie żuli źdźbła trawy, beztrosko gwiżdżąc jakąś wymyśloną naprędce melodię. Swój senny wzrok zatrzymali na szóstym z towarzyszy – młodym, chudym chłopaku, kulącym się na ziemi. Nastolatek próbował wbić gwóźdź w twardą glebę. Niestety, wydawało się że jego wysiłki nie zdadzą się na wiele, co niesłychanie bawiło resztę kompanii.
Nagle coś przerwało sielski spokój budzącego się dnia. Robotnicy podnieśli głowy, zainteresowani zgrzytem skórzanych butów na żwirowej ścieżce. To, co ujrzeli zdziwiło ich na tyle, że zdecydowali się przerwać monotonne gwizdanie.
Widok faktycznie nie był zwyczajny. Ku leniwej grupce zbliżała się zwarta brygada pięciu białych policjantów. Ich odznaki lśniły w blasku wschodzącego słońca – tak samo jak ich świeżo wypastowane obuwie. Na twarzach tych młodych bogów malował się wyraz determinacji i pewności siebie.
- Komisariat w Duluth. – wypluł z siebie najstarszy z nich, prawdopodobnie najwyższy rangą. – Clayton, Jackson, McGhie - pójdziecie z nami. – dodał.
- A to dłaczego? – wyseplenił najstarszy z cyrkowców.
- Jesteście oskarżeni, mamy nakaz aresztowania. – odparł z pełnym złośliwej satysfakcji uśmiechem młodszy z oficerów. – Szybciej, nie ma się co ociągać!

Poprowadzono ich szarymi ulicami do bólu zwyczajnego miasta. Niezwykle zwykli ludzie wyglądali z okien, posyłając im dziwne spojrzenia. Nawet stojące w bramach konie wydawały im się teraz drwiącymi z nich szkapinami.
- Co się stało? Co zrobiliśmy? Panie władzo, o co chodzi? – padały pytania oskarżonych.
Ale nikt nie raczył udzielić odpowiedzi.

Po piętnastominutowej przechadzce dotarli do siedziby miejscowej policji. Budynek ten niestety nie miał nic wspólnego z czystością ubioru funkcjonariuszy. Cele, do których zaprowadzono aresztowanych były brudne, śmierdzące i do tego źle zabezpieczone. Mimo tego ostatniego faktu żaden z więźniów nie starał się wyjść z zamknięcia, jakby przejście przez miasto pozbawiło ich ochoty do walki z niedorzecznością dzisiejszych zdarzeń. Usiedli więc na swych siennikach i oddali się rozmyślaniom, czasami jednak próbując nawiązać jakiś kontakt z policjantami.

Dzień zmierzał już ku końcowi, a aresztanci nadal nie wiedzieli jaki wyrok odsiadują. Zrezygnowani, zaniechali pytań i postanowili spokojnie poczekać na rozwój wypadków.
Wtem usłyszeli jakiś hałas na ulicy. Zaciekawieni podeszli do krat.
- Co się dzieje? Wszystko w porządku? – zapytał najmłodszy z osadzonych, Jackson.
Zamiast odpowiedzi usłyszeli nieprzyjemny huk tłuczonej szyby. Krzyki zgromadzonych na zewnątrz ludzi wzmagały się.
Nagle umysł Jacksona zaczął pracować na najwyższych obrotach.
- Panie Władzo, nie chcecie chyba powiedzieć, że… Ale chyba nas nie wydacie? Cele są zamknięte, prawda?
Jego pytania zagłuszył trzask pękających drzwi oraz ryk wdzierającego się do środka tłumu jednakowych farmerów – białych, barczystych i bezlitosnych.
Jeden z oficerów próbował im coś tłumaczyć, żywo przy tym gestykulując. Został jednak natychmiast brutalnie odepchnięty na bok, co skutecznie zniechęciło go do jakiejkolwiek rozmowy.
Tymczasem tłum skierował się do pierwszych trzech cel. Kraty nie stanowiły żadnego problemu dla wideł i motyk. Już po kilku sekundach McGhie, Clayton i Jackson zostali wywleczeni na zewnątrz budynku. Pchnięto ich pod ścianę.
- Oto zbrodniarze! Ci trzej napadli niewinną dziewczynkę! Ci trzej obdarli jej duszyczkę z niewinności!- wykrzykiwał charyzmatyczny blondyn w średnim wieku, najwyraźniej przywódca tłumu. – I co my z tym zrobimy? – wskazał palcem na domniemanych kryminalistów.
- Ukarzemy! – ryknęła tłuszcza. – Śmierć za śmierć!
W powietrzu zaczęły śmigać cegły, deski i kamienie. Po czarnoskórych wyciągnięto chciwe ręce.
- Ależ my jesteśmy niewinni, proszę, dajcie nam spokój! – tłumaczył Jackson. Jego błagania skwitowano tylko mocnym kopniakiem  w twarz. Stracił przytomność.
Obudzono go następnym uderzeniem, tym razem w tym głowy. Czuł ściekającą mu po twarzy krew. Charcząc coś o niewinności podniósł głowę o kilka centymetrów. To co zobaczył ocuciło go do reszty.
Oszalali ludzie właśnie kończyli zakładali pętlę na szyję wierzgającego i potwornie krzyczącego Claytona. Najwyraźniej miał on podzielić los McGhiego, który aktualnie spoglądał na miasto  niewidzącymi oczami z wysokości latarni.
Wtem Elmer Jackson poczuł, że coś ociera się o jego szyję. Wiedziony zwierzęcym strachem począł wić się jak gorączce. To jednak tylko pogorszyło sprawę…

Do napisania :) 
M

10 maja 2015

One Shot no.3 i ARki zdjęć kilka

Witajcie!

Zanim przejdę do "normalnego" wstępu, pozwólcie że kogoś Wam przedstawię:


W piątek, odebrawszy paczkę od listonosza ( z całą sytuacją wiąże się dość zabawna sytuacja, jako że pan zaskoczył mnie w makijażu typu 'ofiara brutalnego napadu') trzęsącymi się rękami wydobyłam z pudełka tę oto panienkę. Dziewczyna ma na imię Myrtle, przedstawia klacz kuca walijskiego sekcji B, wykonana została w skali 1:9 przez Brigitte Eberl i jest moim pierwszym modelem w skali Traditional. Poza tym jest... Może lepiej wrzucę więcej zdjęć? :P





Na razie pozostawiam Was bez opisu, jako że Myrcia niedługo wyjeżdża na malowanie. Powiem tylko, że żywice to faktycznie zupełnie inna klasa. Trudno znaleźć słowa, żeby  ją opisać. Nigdy nie widziałam tak pięknej figurki. "Przymierzałam" się do ARek przez trzy lata, samodzielnie zbierając pieniądze i myślę, że to długie oczekiwanie dodaje walijce jeszcze więcej piękna.  Uwielbiam ją! Szkoda tylko, że rodzinka nie czuje mojego zachwytu i ciągle wypomina ile wydałam na to białe ***** :/

Co poza tym? Muszę się pochwalić - opływam w dostatki! Wszystko dlatego, że przyjęto odwołanie co do tej olimpiady historycznej (brakowało mi jednego punktu laureata). Mimo, że nie daje mi to wstępu do liceum (ale i tak dużo punktów, bo konkurs ogólnopolski) to i tak dostałam sporą premię :) Plus, udało mi się także zdobyć nagrody w dwóch innych konkursach. Także spodziewajcie się jakiś nowych nabytków ^^

Przechodząc do tematu głównego - dziś, z racji braku czasu mam dla Was kolejnego one shota. Praca ta pisana była w pocie czoła i w wielkim wzburzenie (naprawdę nie wiedziałam jak się za nią zabrać) na XVI Ogólnopolski Konkurs poświęcony Józefowi Piłsudskiemu. I, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, ten konkurs wygrała!

„A więc tak kończy się nasza znajomość…” – pomyślałem.
 Była ciepła majowa noc, a ja właśnie szykowałem się do następnej sekcji – zwykłe wyjęcie serca do osobnego pochówku oraz  wyjęcie mózgu, który miał zostać dokładnie zbadany, jako że należał do człowieka szczególnie wybitnego.

 Mimo swojej technicznej prostoty ta  operacja miała być szczególna. Na stole przede mną, przykryte białą płachtą  leżało ciało mojego Wodza, pierwszego wielkiego autorytetu, człowieka, którego zawsze podziwiałem – Józefa Piłsudskiego. Przez całe jego życie otaczany był przez mnie  olbrzymim szacunkiem, a po śmierci przypadł mi zaszczyt przygotowania go do ostatniej podróży .

- Dobrze pan znał Naczelnika, prawda panie Wiktorze ? – zapytał stojący obok mnie Józef Laskowski, jeden z pracowników Centrum Wyszkolenia Sanitarnego. Miał mi pomóc w szybki przeprowadzeniu zabiegu, ponieważ mózg, żeby zachować swoje właściwości nie może przebywać w ciele dłużej niż dobę.
- Ponad dwadzieścia lat. – odparłem, myjąc ręce w żelaznym zlewie. – Kawał czasu, ale nasze pierwsze spotkanie pamiętam tak dobrze, jakby odbyło się wczoraj… To był szczególnie ciepły sierpień, sam początek funkcjonowania batalionu. Należałem jeszcze do Związku Strzeleckiego. 
Byliśmy wszyscy „młodzi, durni i chmurni”, pijani jeszcze dumą po naszym pierwszym boju. Mieliśmy po szesnaście lat, więc czuliśmy się wielce dorośli. Nie lubiliśmy być zależni od nikogo, każdy chciał być działającym na własną rękę bohaterem, dowódcą. Ale on zawsze potrafił nam przypomnieć wagę idei za jaką walczyliśmy i wyrzucić z głowy młodzieńcze fantazje. Nadal widzę go, siedzącego prosto i dumnie na  ogromnym wierzchowcu. Trochę z boku, ale zawsze na przedzie kolumny, otoczony wiernymi ludźmi. Każdy chciał być taki jak on…

Umilkłem, pewny że mój monolog znudził rozmówcę. Słuchacz jednak, przerwawszy czyszczenie narzędzi spoglądał na mnie z zainteresowaniem, jakby zachęcając do dalszego opowiadania.

- Potem poznaliśmy trudy wojennego życia, a siła i mądrość Piłsudskiego w trudnych sytuacjach zaczęła jeszcze bardziej nam imponować. – kontynuowałem. - W bitwie pod Krzywopłotami pierwszy raz zostałem ranny. Nigdy nie zapomnę tego bólu! Przed oczami majaczyły mi ciemne plamy, a nogi sprawiały wrażenie oddzielonych od ciała. Na moje nieszczęście wróg dopadł mnie w głębokim rowie. Moi towarzysze, nie zauważywszy całego zdarzenia, pobiegli dalej, a ja zostałem sam. Nie miałem siły wołać o pomoc. Już myślałem, że zostanę w tamtym błocie na zawsze, gdy nagle zamajaczyła nade mną czyjaś twarz. Wąsata twarz… Na moje narzekania odpowiedział beztrosko „Czego krzyczysz… co noga? A tamtemu głowę urwało i nie krzyczy, a ty o takie głupstwo!” –uśmiechnąłem się na wspomnienie tamtej chwili.– Później nasz kontakt  urwał się aż do czasu wybuchu wojny z Bolszewikami.
- Ale został pan ranny już w czerwcu 1919, prawda? – przerwał Laskowski, zawiązując mój kitel na plecach.
- Niestety. Z tego też powodu w później  służyłem tylko  w pociągu sanitarnym, gdzie rzadko spotykałem Naczelnika. Właściwie udało mi się z nim dłużej porozmawiać dopiero w grudniu 1922 roku.
- Po zamachu na  Narutowicza?
- Można to tak określić. Spotkaliśmy się dokładnie 16 grudnia. Informacja o śmierci Narutowicza dotarła do nas w trakcie naszej rozmowy. – rzekłem, jednocześnie patrząc w okno i zanurzając się w rozbudzone nagle wspomnienia.

Tak dobrze pamiętałem ten poranek. Pogoda była typowo późnojesienna.  Z bezlistnych drzew rosnących przy  stacji powoli spadały kryształowe kropelki deszczu, a w powietrzu unosiła się delikatna mgiełka. Do Sulejówka dojechałem wtedy pociągiem. Pasażerów było bardzo mało, ponieważ większa część narodu była zajęta braniem udziału w demonstracjach w stolicy.
Jako, że była to pierwsza wizyta w tamtych stronach, dotarcie do ówczesnej wilii Piłsudskiego, Otrando zajęło mi kilka dobrych chwil. W końcu jednak na końcu alei ukazała się piętrowa dacza wybudowana w stylu rosyjskim. Mokry i zmarznięty zapukałem do drzwi.

Tak jak za każdym następnym razem otworzyłam mi druga żona Marszałka, pani Aleksandra. Przy jej nogach plątały się dziewczynki, wtedy zaledwie kilkuletnie.
Ten wesoły orszak zaprowadził mnie do mego dawnego dowódcy.

Pamiętam, że siedział na fotelu pod oknem, a na jego kolanach spoczywał zeszyt. Najwyraźniej coś pisał, lecz na dźwięk naszych kroków podniósł głowę.
Sporo zmienił się od czasu naszego spotkania, lecz jedna rzecz pozostała taka sama – wąsy. One nie zmieniały się nigdy.

Ich właściciel, osoba publiczna spotykająca codziennie setki ludzi rozpoznał mnie nadspodziewanie szybko.
- „Witam pana anatoma!” – odpowiedział na mój ukłon. –„Cieszę się widząc wreszcie znajomą twarz!
Czy wyleczyłeś pan już rany spod Krzywopłotów?”.
Nie spodziewałem się, że będzie pamiętał o tamtym epizodzie w rowie, ale myliłem się! To niesamowite, jak świetnie znał każdego, nawet najmniejszego człowieka!

Rozmowa, najpierw dotycząca moich powojennych losów, a także uroków nowej siedziby Piłsudskich szybko zeszła na tematy polityczne. Widać było, że był zadowolony z wyboru prezydenta. Liczył na uspokojenie nastrojów w państwie.

 W świetnych humorach mieliśmy właśnie zasiadać do obiadu, gdy nagle rozległo się  pukanie do drzwi. Po chwili w pokoju pojawiła się nieco blada pani Piłsudska, wpuszczając do pokoju młodego mężczyznę w którym rozpoznałem jednego z legionistów, znanego mi z widzenia.
Podszedł do Naczelnika i coś mu powiedział. Piłsudski spojrzał na niego dziwnie, ruszył wąsami jakby mu nie dowierzał, po czym jeszcze raz obrzucił posłańca zdziwionym wzrokiem. Następnie wypowiedział na głos straszne słowa wieści : „Prezydent Narutowicz właśnie został zamordowany. Ale ja też potrafię w mordę bić”.

Musiałem chyba myśleć na głos, bo usłyszałem stłumiony, ale serdeczny śmiech mojego współpracownika.
- Widzę, że wszystkie panów spotkania przebiegały w dość.. hm.. niesprzyjających okolicznościach. – powiedział z uśmiechem.
- Niestety to prawda. Rzadko kiedy mieliśmy czas spokojnie porozmawiać. Ale widywaliśmy się dość często, zwłaszcza ostatnio. I odnoszę wrażenie, że chyba mnie lubił.
- Cóż, gdyby tak nie było to zapewne nie oddałby swego ciała w pańskie ręce, prawda? A propos zwłok – nie chciałbym panu przerywać, zwłaszcza, że mówił pan bardzo ciekawie, ale chyba należy już zająć się pracą, prawda? – zagadnął, wskazując na zegarek.
Spojrzałem na cyferblat czasomierza.
- Zdecydowanie się z panem zgadzam. – odparłem. – Doktor Ross nie byłby zadowolony gdyby z powodu gadulstwa dwóch patologów nie mógł przeprowadzić eksperymentów. A jeśli tak pana zaciekawiłem, to może wstąpiłby pan do mnie na podwieczorek. Ma pan wolną niedzielę?
- Nie mam żadnych planów i chętnie skorzystam z pańskiej propozycji. – uśmiechnął się, jednocześnie ściągając płótno z górnej części ciała zmarłego.

Spojrzałem w twarz Piłsudskiego. Wiek i naturalne procesy zachodzące po śmierci zaczynały ją już zmieniać. Jednak jedna rzecz pozostała znajoma. Wąsy. Wąsy nigdy się nie zmieniały.

Tak, wiem, to jedno z moich najdziwniejszych opowiadań :P Ale mam nadzieję, że się podobało :)
Do napisania!



29 marca 2015

One Shot no.2 & konkursy


Witajcie!

Wczoraj wróciłam z Wrocławia. Było wspaniale!! Jestem wzruszona Afrykarium. Nie myślałam, że dożyję powstania tak świetnego obiektu w Polsce!

Ogólnie miasto wywarło na mnie bardzo dobre wrażenie - szczególnie cudowny, olbrzymi Empik i Starbucksy z ubóstwianą przeze mnie Vanilla Latte.

Wydaje mi się też, że udało mi się cyknąć kilka przyzwoitych zdjęć. Oczywiście wstawię je jak tylko będę mogła (dziś jestem w wielkim pędzie - mam jeszcze esej i opowiadanie do napisania).

Jeszcze w ramach informacji - biorę udział w konkursie na blogu Kopytna Pasja.
Link do posta - http://kopytnapasja.blogspot.com/2015/03/niedzielne-zdjecia.html.



Zdjęcia na konkurs (pewnie już Wam znane):








Teraz pytania.

Jaki jest Twój ulubiony model konia (jeśli go masz) ?
Oj, to jest bardzo trudne pytanie. Najcenniejsze są trady spośród których naprawdę ciężko mi wybrać ulubionego.


Jaki jest Twój wymarzony prezent (model konia/rzeczy dla prawdziwego)?
Osobiście ze wszystkich możliwych prezentów najbardziej cieszą mnie podarunki od Kogoś Bardzo Dla Mnie Ważnego - zarówno te w sferze materialnej jak i te mniej wymierne.
Modelowo - zbieram fundusze na AReczkę i każda złotówka bardzo mnie cieszy :3

Które miejsce byś chciał/chciała zająć ?
Pierwsze - nie będę oryginalna :P
Czy zbierasz inne zwierzęta po za końmi (schleich/collecta/breyer)?
Sporadycznie coś tam zakupię, ale staram się ograniczać - inaczej pójdę z torbami :P


Zgłaszam się także do Candy na blogu http://breyerischleichkasi.blogspot.com/.




Dziś uraczę Was następnym krwawym i "mhrocznym" one shotem (stwierdziłam, że jednak muszę robić sobie małe przerwy pomiędzy rozdziałami). Ten z kolei był inspirowany widok gotyckiego kościoła za oknem naszego hotelu we Wrocławiu. Chciałam napisać coś o dawnych wiekach i pierwszą seryjną morderczynią jaka przyszła mi do głowy była sławetna Krwawa Hrabina - Elżbieta Batory.


Jeszcze przed przeczytaniem dodam, że w sprawie Elżbiety krąży też druga teoria, jakoby wszystkie jej mordy były wymysłem osób chcących zagarnąć dla siebie jej bogactwa. Osobiście wydaje mi się to bardzo prawdopodobne, jednak szalona hrabina jest tematem bardziej wdzięcznym do opisywania niż hrabina niewinna ;)


Uwaga - w tekście znajdują się sceny drastyczne i nawiązujące do homoseksualizmu! (" najgorsza" część wycieniowana - resztę wszyscy mogą czytać śmiało :)


It's the feel of your blood
As it flows smoothly down my skin
Intoxicating my soul
Immortality, seducing me

- Slayer, Beauty Through Order






Obudził mnie ostatni promień zachodzącego słońca przebijający się przez splątane włosy dziewczyny. Patrząc przez brudne okno z lekkim zirytowaniem stwierdziłam, iż jednej z moich służących przydałoby się kilka solidnych batów.

Ale to mogło poczekać do jutra. Póki co musiałam się spieszyć.

Ominęłam leżącą obok mnie brunetkę wspominając dotyk jej gorącej skory na moich udach. Trzeba przyznać, że ciotka Klara miała dar znajdywania dziewcząt niezwykle sprawnych w sztuce miłosnej. Ta drobniutka chłopka naprawdę wiedziała jak poprawić mi humor, nawet po wizycie jakże znienawidzonego Thurzo, oby jego potomstwo gniło do dwunastego pokolenia. W dodatku była bardzo wierna i potrafiła zachowywać sekrety, jak zresztą przystało na osobę pozbawioną języka.
Właśnie kończyłam wciągać na siebie modną, wiedeńską halkę gdy usłyszałam tak miły dla mnie głos.

- Pani?

- Tak Heleno?

- Kąpiel już czeka w swym stały miejscu.

- Dziękuję.– odparłam.

Kobieta skłoniła się i znikła za rzeźbionymi drzwiami.

Uśmiechnęłam się w duchu. Od śmierci mojego niewydarzonego męża wszystko wreszcie zaczęło się układać. Zaczęłam żyć pełnią życia gdy z moją małą pomocą zszedł z tego świata. Wreszcie mam gdzie pochwalić się znajomością pisma oraz języków! Każdy szlachcic w tej części Europy chce popatrzeć na moją wiecznie młodą i piękną cerę!

Naprawdę, nie ma nic gorszego niż nudny małżonek. Jedyne co mu się udawało to bicie służby, choć nawet w tym byłam od niego lepsza. A potem śmiał mnie publicznie upokarzać! A jaki był zdziwiony kiedy przytknęłam do jego twarzy chusteczkę nasączoną śmiercionośnym eterem. Nic nie daje takiej satysfakcji jak własnoręczne zabicie znienawidzonego człowieka.

Lata obserwacji doprowadziły mnie do jednego wniosku - wszyscy ludzie w obliczu śmierci są tak samo żałośni. Te wszystkie pokojówki, szwaczki, praczki i kucharki które zginęły z rąk mojego małego ulubieńca Fritzko są tak samo zdziwione obecnością noża w swoich piersiach jak te młode, dufne, pewne siebie arystokratki, które w piwnicach oddają życie za moją urodę. A potem ich naiwni rodzice dający się nabrać na głodne kawałki sprzedawane im przez szanowaną hrabinę z dobrego rodu, która przejęła siły witalne ich dziewiczych córek.

Wizja umierających szlachcianek wyrwała mnie z zamyślenia. Pospieszyłam krętymi, wymagającymi odnowienia schodami na sam dół mojej wieży. Jednocześnie czułam na sobie przerażone spojrzenia dziewek służebnych, co napełniło mnie niekłamaną dumą.

Piwnice tego zamku są jedną z jego największych zalet. Ma niezliczoną liczbę ciemnych korytarzy i wilgotnych komór, idealnych do składowania bezkrwistych ciał moich niedoszłych wychowanek.

W mroku jednej z nich zauważyłam Helenę i Dordulę, kobietę równie słowną i przydatną. Widząc mnie skłoniły się pokornie, a ja usiadła obok nich na specjalnie przygotowanym fotelu.
Przedstawienie zaraz miało się zacząć.

Usłyszałam lekkie kroki i ciche podśpiewywanie. Po chwili moim oczom ukazała się istota robiąca cały ten hałas – zgrabna blondynka, która przyjechała do zamku jakieś dwa tygodnie temu. Pochodziła z prześwietnego czeskiego rodu.

- Mam co do ciebie wielkie plany, nie zawiedź mnie. – pomyślałam.

Jak każda z jej poprzedniczek złotowłosa została tu przysłana po wino. Gdy poczęła nachylać się nad kadzią za jej plecami pojawiły się mały cień o krzywych nogach. Czeszka odwróciła się, a w jej niebieskich oczach dojrzałam strach. Chciała krzyknąć, lecz nie zdążyła. Żelazna klinga tasaka utkwiła w jej tętnicy.

- Szybko Fritzko! – usłyszałam krzyk Heleny. Dordula podała mi ramię i wolnym krokiem udałyśmy się w stronę mojej podziemnej łaźni.

Gdy dotarłyśmy na miejsce wanna była już pełna krwi, a nagie, pełne nakłuć zwłoki dziewicy leżały obok. Fritzko, dostawszy złotą monetę , skłonił się i wyszedł ciągnąc trupa za włosy. Tymczasem kobiety pomogły mi się rozebrać, Stanęłam nad balią, jednocześnie podziwiając się lustrze. Nabrałam życiodajnego płynu w dłonie, a moim ciałem wstrząsnęły dreszcze połączone z nagłą falą ciepła.

Trzymajcie się :)
M

1 lutego 2015

One shot no.1 + BCS Photo Challenge cz.1

Witajcie!

Dziś post bardzo krótki - mam tak dużo do zrobienia! Gdyby doba miała choć 36 godzin, życie byłoby o wiele prostsze :P Dobrze przynajmniej, że skończyły się etapy rejonowe olimpiad - u mnie wynik 1:1 - 1 dla mnie za finał z angielskiego, 1 dla złośliwego Losu za polski. A Wy pisaliście coś?

W mojej kolekcji ostatnio niewiele się zmienia, jednak jest spowodowane zbieraniem pieniędzy - muszę Wam wyjawić, że w tym roku zamierzam zakupić pewną ARkę. Jaką? Zobaczycie ;)

Tymczasem postanowiłam wziąć udział w BCS Winter Photo Challenge - nie zamierzam wysyłać zdjęć, bo niestety w tym poście nie zrealizuję wszystkich podpunktów, ale trochę zabawy nigdy nie zaszkodzi.

Vintage


Schleich 13209 - Ruthenia (rocznik '88)

Nekkid 


Jeszcze niepomalowany Eclipse

I see spots


Portrait


Duża Bahama...


...i mała Bahama.

The great outdoors


Cały Akashay... Kocham to zdjęcie

Przechodząc do tematu... Dziś miał być rozdział 12, ale.... W ogóle nie wiem, czy ktoś to jeszcze czyta ( co mi nie przeszkadza), muszę przemyśleć kilka wątków... Zarówno mi, Wam jak i Zofii Wolińskiej przyda się chwila przerwy. I tu wkracza Kuba Rozpruwacz!

Tak jest, dobrze czytacie. Nie wiem czy wiecie, ale od jakiegoś czasu fascynuję się psychopatami, mordercami, sekcjami zwłok. Nie wiem czy to dobrze, ale cóż ;) Poniższe opowiadanie, oparte na PRAWDZIWEJ historii jest owocem mojej niezdrowej, "fascynacji"... Jeśli Wam się spodoba, mogę zrobić podobne nowelki o innych "psychicznych".

Drogi Szefie,
Ciągle słyszę, że policja złapała mnie, ale nie przymkną mnie, na razie. Śmieję się, gdy oni wyglądają tak mądrze i mówią o byciu na właściwym tropie. Ten żart o Skórzanym Fartuchu naprawdę mnie ubawił. Nie trawię dziwek i będę je rozpruwał, dopóki nie zostanę zamknięty. Ostatnia praca była wspaniałym dziełem. Nie dałem damie czasu na kwik. Jak złapią mnie teraz. Kocham swoją pracę i chcę znowu zacząć. Wkrótce usłyszysz o mnie i moich małych sztuczkach. Zostawiłem trochę stosownej czerwonej substancji w butelce po piwie imbirowym po ostatniej robocie aby napisać nią ale zgęstniała niczym klej, więc nie mogę jej użyć. Mam nadzieję, że czerwony tusz wystarczająco pasuje ha. ha. Pracując następnym obetnę damie uszy i wyślę funkcjonariuszom policji, tak dla zabawy. Zatrzymajcie ten list aż nie zrobię trochę więcej, później go wydajcie. Mój nóż jest tak miły i ostry oraz chcę dać mu zajęcie, kiedy tylko będzie taka możliwość. Powodzenia, Pozdrawiam,
Kuba Rozpruwacz

(autentyczny cytat z XVIII-wiecznego listu)

I pięknie – myślę sobie, kończąc ostatnią literę eleganckim zawijasem. Teraz tylko wysłać i znowu będę mógł patrzeć jak ci nieudacznicy śmiesznie się miotają. Ktoś mógłby powiedzieć, że jestem nierozsądny  i pewnie miałby rację. Jednak nie potrafię sobie odmówić tej przyjemności.

Patrzę na zegarek – no, czas już na mnie. Jutro, jak każdy porządny poddany Jej Królewskiej Mości muszę pofatygować się do pracy, posłuchać trajkotania głupich księżniczek i hrabin, udając zainteresowanie opowiadaniem o polowaniach wielkich w swej dufności lordów. Jednak już w weekend będzie można się zabawić!

***

To dziś. Dziś będzie dobry dzień. A raczej dobra noc. Mówiąc szczerze, nie mam ochoty nigdzie się ruszać – strasznie boli mnie głowa. Przekonał mnie jednak widok Londynu, błyskającego swymi światłami za moim oknem. Za ścianą słyszę śmiech i to mobilizuje mnie do działania.  

Jak dobrze, że nie poszedłem do królowej na jej cudownie snobistyczną herbatkę. Dzięki mojej rozsądnej decyzji wymykam się teraz z mojej eleganckiej rezydencji, idąc naprawiać świat. Czuję zimny dotyk noża pod moją koszulą.

Uwielbiam chodzić pieszo, patrząc jak wylizane trawniki sprzed rezydencji ustępują miejsca skromnym, drobnomieszczańskim skwerkom, a potem obrzydliwej warstwie śmieci rzuconych na wydeptaną ziemię.
Te wszystkie nędzne dziewczyny z pewnością byłyby mi wdzięczne – uwalniam je z  piekła jakim jest Whitechapel. Jedynie śmierć jest prawdziwą wolnością – nie muszą już hańbić się prostytucją, nigdy już nie są głodne. Razem z ich życiem ich wulgarna głupota znika z powierzchni ziemi. Czyż nie jestem zbawicielem ludzkości? Gdyby wszyscy myśleli tak jak ja świat byłby lepszym miejscem.


Idę Flower and Dean Street snując swoje wizje, gdy zauważam wychodzącą z tamtejszego przytułku postać. Nie wygląda ona na kobietę sukcesu – jej włosy są zaniedbane, chyba nieźle się upiła. Prawda, widziałem osoby w gorszym stanie, jednak ta tutaj wzbudza jakąś szczególną litość.
- Dobry wieczór! – zagaduję.
- A dobry, żeby wiedział, że dobry! – bulgocze. – Kończę z nim!
- Z kim? – pytam ciekawie.
- Z tym niemytym gburem! Nie lepszy on niż mój były!
- Któż mógłby nie szanować takiej kobiety jak pani?! – pytam z oburzeniem.
Jest moja. Zanim doszliśmy do Berner Street, poznaję całą jej historię – śmierć męża i dzieci, jej chorobę (bronchit – muszę uważać!), nowego kochanka.
Po piętnastu minutach znajomości ze mną poznaje także mój nóż, który z miłym zgrzytem przejeżdża przez jej tchawicę. Krew zaczyna spływać po moich palcach, gdy słyszę kroki. Ach, dlaczego zabierają mi tą przyjemną chwilę?! Z daleka widzę konnego strażnika – to niestety koniec mojej przygody z tą panną!


Rozeźlony wracam do domu, gdy nagle z bramy wyłania się następna posiadaczka matowych włosów i chudego ciała. Mam zamiar ją wyminąć, jednak ona sama do mnie podchodzi.
- Przepraszam, ma pan dobrodziej funta dla skromnej biedaczki? – pyta z nadzieją.
Musi być zdesperowana.
- A w czym panią tak los pokrzywdził? – pytam, wyplątując monetę z kieszeni.
- A wie pan dobrodziej, jak to biednym wiatr w oczy – pieniądze się skończyły.
- Tak, tak. A może zechciałaby pani ze mną – mam kontakty w noclegowni, przyjęliby panią za darmo.
- Oh, jaki pan miły! Ale nie mogę się zgodzić!
- Nalegam.
W końcu udaje się ze mną. Wyjątkowo durna sztuka! Już po pół godzinie jej brzuch jest równiutko rozcięty, a ja trzymam rękę w jej ciepłej macicy. Ją sobie zatrzymam. Nie wiem, dlaczego ten organ lubię najbardziej. Wycinam jeszcze nerkę i pędzę do domu – niedługo poranek.
To była dobra noc.


Spokojnie, jestem całkiem normalna :) Czasami tylko mi tak odwala :P

Miłej niedzieli!
M