10 maja 2015

One Shot no.3 i ARki zdjęć kilka

Witajcie!

Zanim przejdę do "normalnego" wstępu, pozwólcie że kogoś Wam przedstawię:


W piątek, odebrawszy paczkę od listonosza ( z całą sytuacją wiąże się dość zabawna sytuacja, jako że pan zaskoczył mnie w makijażu typu 'ofiara brutalnego napadu') trzęsącymi się rękami wydobyłam z pudełka tę oto panienkę. Dziewczyna ma na imię Myrtle, przedstawia klacz kuca walijskiego sekcji B, wykonana została w skali 1:9 przez Brigitte Eberl i jest moim pierwszym modelem w skali Traditional. Poza tym jest... Może lepiej wrzucę więcej zdjęć? :P





Na razie pozostawiam Was bez opisu, jako że Myrcia niedługo wyjeżdża na malowanie. Powiem tylko, że żywice to faktycznie zupełnie inna klasa. Trudno znaleźć słowa, żeby  ją opisać. Nigdy nie widziałam tak pięknej figurki. "Przymierzałam" się do ARek przez trzy lata, samodzielnie zbierając pieniądze i myślę, że to długie oczekiwanie dodaje walijce jeszcze więcej piękna.  Uwielbiam ją! Szkoda tylko, że rodzinka nie czuje mojego zachwytu i ciągle wypomina ile wydałam na to białe ***** :/

Co poza tym? Muszę się pochwalić - opływam w dostatki! Wszystko dlatego, że przyjęto odwołanie co do tej olimpiady historycznej (brakowało mi jednego punktu laureata). Mimo, że nie daje mi to wstępu do liceum (ale i tak dużo punktów, bo konkurs ogólnopolski) to i tak dostałam sporą premię :) Plus, udało mi się także zdobyć nagrody w dwóch innych konkursach. Także spodziewajcie się jakiś nowych nabytków ^^

Przechodząc do tematu głównego - dziś, z racji braku czasu mam dla Was kolejnego one shota. Praca ta pisana była w pocie czoła i w wielkim wzburzenie (naprawdę nie wiedziałam jak się za nią zabrać) na XVI Ogólnopolski Konkurs poświęcony Józefowi Piłsudskiemu. I, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, ten konkurs wygrała!

„A więc tak kończy się nasza znajomość…” – pomyślałem.
 Była ciepła majowa noc, a ja właśnie szykowałem się do następnej sekcji – zwykłe wyjęcie serca do osobnego pochówku oraz  wyjęcie mózgu, który miał zostać dokładnie zbadany, jako że należał do człowieka szczególnie wybitnego.

 Mimo swojej technicznej prostoty ta  operacja miała być szczególna. Na stole przede mną, przykryte białą płachtą  leżało ciało mojego Wodza, pierwszego wielkiego autorytetu, człowieka, którego zawsze podziwiałem – Józefa Piłsudskiego. Przez całe jego życie otaczany był przez mnie  olbrzymim szacunkiem, a po śmierci przypadł mi zaszczyt przygotowania go do ostatniej podróży .

- Dobrze pan znał Naczelnika, prawda panie Wiktorze ? – zapytał stojący obok mnie Józef Laskowski, jeden z pracowników Centrum Wyszkolenia Sanitarnego. Miał mi pomóc w szybki przeprowadzeniu zabiegu, ponieważ mózg, żeby zachować swoje właściwości nie może przebywać w ciele dłużej niż dobę.
- Ponad dwadzieścia lat. – odparłem, myjąc ręce w żelaznym zlewie. – Kawał czasu, ale nasze pierwsze spotkanie pamiętam tak dobrze, jakby odbyło się wczoraj… To był szczególnie ciepły sierpień, sam początek funkcjonowania batalionu. Należałem jeszcze do Związku Strzeleckiego. 
Byliśmy wszyscy „młodzi, durni i chmurni”, pijani jeszcze dumą po naszym pierwszym boju. Mieliśmy po szesnaście lat, więc czuliśmy się wielce dorośli. Nie lubiliśmy być zależni od nikogo, każdy chciał być działającym na własną rękę bohaterem, dowódcą. Ale on zawsze potrafił nam przypomnieć wagę idei za jaką walczyliśmy i wyrzucić z głowy młodzieńcze fantazje. Nadal widzę go, siedzącego prosto i dumnie na  ogromnym wierzchowcu. Trochę z boku, ale zawsze na przedzie kolumny, otoczony wiernymi ludźmi. Każdy chciał być taki jak on…

Umilkłem, pewny że mój monolog znudził rozmówcę. Słuchacz jednak, przerwawszy czyszczenie narzędzi spoglądał na mnie z zainteresowaniem, jakby zachęcając do dalszego opowiadania.

- Potem poznaliśmy trudy wojennego życia, a siła i mądrość Piłsudskiego w trudnych sytuacjach zaczęła jeszcze bardziej nam imponować. – kontynuowałem. - W bitwie pod Krzywopłotami pierwszy raz zostałem ranny. Nigdy nie zapomnę tego bólu! Przed oczami majaczyły mi ciemne plamy, a nogi sprawiały wrażenie oddzielonych od ciała. Na moje nieszczęście wróg dopadł mnie w głębokim rowie. Moi towarzysze, nie zauważywszy całego zdarzenia, pobiegli dalej, a ja zostałem sam. Nie miałem siły wołać o pomoc. Już myślałem, że zostanę w tamtym błocie na zawsze, gdy nagle zamajaczyła nade mną czyjaś twarz. Wąsata twarz… Na moje narzekania odpowiedział beztrosko „Czego krzyczysz… co noga? A tamtemu głowę urwało i nie krzyczy, a ty o takie głupstwo!” –uśmiechnąłem się na wspomnienie tamtej chwili.– Później nasz kontakt  urwał się aż do czasu wybuchu wojny z Bolszewikami.
- Ale został pan ranny już w czerwcu 1919, prawda? – przerwał Laskowski, zawiązując mój kitel na plecach.
- Niestety. Z tego też powodu w później  służyłem tylko  w pociągu sanitarnym, gdzie rzadko spotykałem Naczelnika. Właściwie udało mi się z nim dłużej porozmawiać dopiero w grudniu 1922 roku.
- Po zamachu na  Narutowicza?
- Można to tak określić. Spotkaliśmy się dokładnie 16 grudnia. Informacja o śmierci Narutowicza dotarła do nas w trakcie naszej rozmowy. – rzekłem, jednocześnie patrząc w okno i zanurzając się w rozbudzone nagle wspomnienia.

Tak dobrze pamiętałem ten poranek. Pogoda była typowo późnojesienna.  Z bezlistnych drzew rosnących przy  stacji powoli spadały kryształowe kropelki deszczu, a w powietrzu unosiła się delikatna mgiełka. Do Sulejówka dojechałem wtedy pociągiem. Pasażerów było bardzo mało, ponieważ większa część narodu była zajęta braniem udziału w demonstracjach w stolicy.
Jako, że była to pierwsza wizyta w tamtych stronach, dotarcie do ówczesnej wilii Piłsudskiego, Otrando zajęło mi kilka dobrych chwil. W końcu jednak na końcu alei ukazała się piętrowa dacza wybudowana w stylu rosyjskim. Mokry i zmarznięty zapukałem do drzwi.

Tak jak za każdym następnym razem otworzyłam mi druga żona Marszałka, pani Aleksandra. Przy jej nogach plątały się dziewczynki, wtedy zaledwie kilkuletnie.
Ten wesoły orszak zaprowadził mnie do mego dawnego dowódcy.

Pamiętam, że siedział na fotelu pod oknem, a na jego kolanach spoczywał zeszyt. Najwyraźniej coś pisał, lecz na dźwięk naszych kroków podniósł głowę.
Sporo zmienił się od czasu naszego spotkania, lecz jedna rzecz pozostała taka sama – wąsy. One nie zmieniały się nigdy.

Ich właściciel, osoba publiczna spotykająca codziennie setki ludzi rozpoznał mnie nadspodziewanie szybko.
- „Witam pana anatoma!” – odpowiedział na mój ukłon. –„Cieszę się widząc wreszcie znajomą twarz!
Czy wyleczyłeś pan już rany spod Krzywopłotów?”.
Nie spodziewałem się, że będzie pamiętał o tamtym epizodzie w rowie, ale myliłem się! To niesamowite, jak świetnie znał każdego, nawet najmniejszego człowieka!

Rozmowa, najpierw dotycząca moich powojennych losów, a także uroków nowej siedziby Piłsudskich szybko zeszła na tematy polityczne. Widać było, że był zadowolony z wyboru prezydenta. Liczył na uspokojenie nastrojów w państwie.

 W świetnych humorach mieliśmy właśnie zasiadać do obiadu, gdy nagle rozległo się  pukanie do drzwi. Po chwili w pokoju pojawiła się nieco blada pani Piłsudska, wpuszczając do pokoju młodego mężczyznę w którym rozpoznałem jednego z legionistów, znanego mi z widzenia.
Podszedł do Naczelnika i coś mu powiedział. Piłsudski spojrzał na niego dziwnie, ruszył wąsami jakby mu nie dowierzał, po czym jeszcze raz obrzucił posłańca zdziwionym wzrokiem. Następnie wypowiedział na głos straszne słowa wieści : „Prezydent Narutowicz właśnie został zamordowany. Ale ja też potrafię w mordę bić”.

Musiałem chyba myśleć na głos, bo usłyszałem stłumiony, ale serdeczny śmiech mojego współpracownika.
- Widzę, że wszystkie panów spotkania przebiegały w dość.. hm.. niesprzyjających okolicznościach. – powiedział z uśmiechem.
- Niestety to prawda. Rzadko kiedy mieliśmy czas spokojnie porozmawiać. Ale widywaliśmy się dość często, zwłaszcza ostatnio. I odnoszę wrażenie, że chyba mnie lubił.
- Cóż, gdyby tak nie było to zapewne nie oddałby swego ciała w pańskie ręce, prawda? A propos zwłok – nie chciałbym panu przerywać, zwłaszcza, że mówił pan bardzo ciekawie, ale chyba należy już zająć się pracą, prawda? – zagadnął, wskazując na zegarek.
Spojrzałem na cyferblat czasomierza.
- Zdecydowanie się z panem zgadzam. – odparłem. – Doktor Ross nie byłby zadowolony gdyby z powodu gadulstwa dwóch patologów nie mógł przeprowadzić eksperymentów. A jeśli tak pana zaciekawiłem, to może wstąpiłby pan do mnie na podwieczorek. Ma pan wolną niedzielę?
- Nie mam żadnych planów i chętnie skorzystam z pańskiej propozycji. – uśmiechnął się, jednocześnie ściągając płótno z górnej części ciała zmarłego.

Spojrzałem w twarz Piłsudskiego. Wiek i naturalne procesy zachodzące po śmierci zaczynały ją już zmieniać. Jednak jedna rzecz pozostała znajoma. Wąsy. Wąsy nigdy się nie zmieniały.

Tak, wiem, to jedno z moich najdziwniejszych opowiadań :P Ale mam nadzieję, że się podobało :)
Do napisania!



3 maja 2015

Najsympatyczniejszy delfin świata

Witajcie :)

Jak spędzacie ten przepiękny majowy weekend? Ja osobiście marznę okrutnie grabiąc liście i czytając ( jak najbardziej można pogodzić te dwie rzeczy!). Niestety przez złośliwość losu ( i nie tylko losu) nie było mi dane pojawić się na zjeździe Model Horse organizowanym w moim rodzinnym mieście. Nie powiem, dosyć mi z tego powodu smutno, ale taki nastrój to ostatnimi czasy wcale nie nowość :/ Cóż, mam nadzieję, że z nadejściem cieplejszych dni wszystko zacznie z powrotem się układać ;) W dodatku jest bardzo możliwe, że niedługo sama zorganizuję podobny zlot!

Tymczasem mam dla Was króciutką relację ze szkolnej wycieczki po Warszawie. Króciutką, bo niestety już po kilku godzinach zwiedzania mój aparat w tajemniczych okolicznościach odmówił dalszej współpracy. Mimo tego nieprzyjemnego incydentu i faktu, że podróż w jedną stronę trwała ponad 7 godzin było bardzo, bardzo wesoło! Widzieliśmy Wilanów, Łazienki, świetne Centrum Nauki Kopernik, Pałac Kultury, Starówkę, a także dogłębnie zwiedziliśmy Stadion Narodowy ( wzdycham do tamtejszych...wanien, jako że moja jakiś czas temu zdemontowana).





Na koniec wstępu chciałam Wam jeszcze bardzo podziękować! Ten miesiąc był dla DTS wyjątkowy - aż 2114 wyświetleń!! Dla niektórych to pewnie mało, ale ja uważam, że to sukces. Jesteście wspaniali!

Przechodząc do tematu - dziś chciałabym opowiedzieć Wam o waleniu, którego zdjęcia zawsze poprawiają mi zły nastrój. Bo czy oglądając fotografie delfina krótkogłowego można się nie uśmiechać?


www.wordwildlife.otg

Ten niewielki (dorasta do 2 metrów) zębowiec zamieszkuje przybrzeżne wody Azji i Oceanii, żyjąc w małych grupach. Często wpływa do rzek zapuszczając się nawet 1000 km wgłąb lądu. Gatunek ten odkryty został dopiero w 1866 roku! Co bardzo mnie zaskoczyło, jest blisko spokrewniony z orką! Tak jak większość z ich krewniaków odżywiają się rybami, skorupiakami i głowonogami, prawdopodobnie zasysając je. Pływają dość wolno, jednak w polowaniu pomaga im umiejętność głośnego "klikania" ( ultradźwięki wydawane przez delfinowate). Innym charakterystycznym zachowaniem jest pryskanie i plucie wodą.Lubią także położyć się na falach i machać płetwami piersiowymi. Mimo wesołego usposobienia są dosyć nieśmiałe - praktycznie nigdy nie podpływają do łodzi, a także boją się innych morskich zwierząt (w niewoli nie mogą być trzymane z innymi gatunkami ponieważ są przez nie zdominowane i nierzadko ranione). 


www.wordwildlife.org

Niestety, żyjąc  blisko ludzi stały się krytycznie zagrożone. Wszystko przez przypadkowe łapanie ich w rybackie sieci oraz zabijanie dla mięsa doprowadza do upadku maleńkie subpopulacje. Te śliczne stworzonka są bardzo często łapane dla delfinariów, w których zawsze stają się prawdziwymi gwiazdami. 


www.rediff.com

Ich sytuacja nie zawsze wyglądała tak źle. Indyjscy rybacy wspominają dawną współpracę naszych dwóch gatunków.  Delfiny były przywoływane do łódek rybackich drewnianym urządzenie o nazwie lahai kwai a następnie proszone o nagonienie ryb do sieci. To czyniło połowy o wiele łatwiejszymi. Według przekazów każda wioska miała swoje własne stadko morskich pomocników, pomagające tylko kilku osobom.


www.wordwildlife.ord

Obecnie relacje tego gatunku z ludźmi ulegają stopniowej poprawie. Lokalne rządy zauważyły, jak piękne zwierzęta pływają w wodach ich krajów i jak łatwo można zniszczyć ich środowisko. Zainteresowanie wykazały też duże organizacje międzynarodowe, np. WWF, które organizuje akcję "zaadoptuj delfina".

www.pinterest.com

Mam nadzieję, że delfin krótkoglowy poprawił Wam  humor :)
Słonecznego dnia!
M

26 kwietnia 2015

Here comes the Sun(ny) oraz LA!

Witajcie!

Nadal nie mogę w to uwierzyć - pierwszy raz od ponad pół roku miałam WOLNY WEEKEND!! Wolny! Naprawdę! Byłam tak zdziwiona, że przez pół soboty zastanawiałam się, czy na pewno o czymś nie zapomniałam :P

Trzeba przyznać, że był mi bardzo potrzebny. Oddaliwszy wszystkich znajomych (jedyna osoba, z którą miałam ochotę się spotkać poszła sobie gdzieś z "koleżkami" - takie życie) miałam świetny plan pozostania w łóżku przez całe dwa dni.

Niestety, plan miał pewien słaby punkt - nie mieszkam sama. W końcu wylądowałam z książką w najbardziej opuszczonej części pobliskiego parku (na moje nieszczęście tam też, niczym szarańcza rozprzestrzenili się ludzie) i przesiedziałam tam trzy godziny. Taka już jestem - jak coś mnie przerasta to zwyczajnie uciekam (wycieczka-ucieczka jak to niektórzy określają :D). I zawsze dobrze mi to robi. Szkoda tylko, że ludziom tak trudno zrozumieć, że ja nie chcę z nimi przebywać nie dlatego że ich nie kocham/lubię tylko po prostu chcę pobyć sama. Nie rzucam się na szyję, bo taki mam charakter i tak zostałam wychowana.

Oprócz wycieczki-ucieczki udało mi się też wykonać kilka zdjęć Sunny, o której opis prosiła mnie Unique - ale o tym za chwilę.

Jeszcze co do ostatnio wspomnianego konkursu - poszło mi nadspodziewanie dobrze. Zabrakło mi... jednego punktu do laureata! Znowu (to samo było w zeszłym miesiącu z olimpiadą z angielskiego!)... Krew mnie zalała!! Niestety tym razem nie przyszedł mi z pomocą Książę Bez Białego Konia ;/

Tymczasem znowu została nominowana do LA , za co dziękuję, bo w sumie bardzo lubię odpowiadać na dobrze zadane pytania.  Osobiście nominuję wszystkich, którzy chcą napisać 11 niepublikowanych faktów o sobie. 

Pierwsza nominacja od Julii Brzezińskiej. (Sophijka niestety nie odpowie, bo już nie prowadzi bloga).

1. Boisz się jumpscare z FNAFa? (jak nie wiesz o co chodzi obejrzyj na yt)
Obejrzałam specjalnie dla Ciebie i szczerze to nie wiem, czego można się w nim bać. Naoglądałam i naczytałam się już tyle o seryjnych mordercach, pedofilach, ekshumacjach i sekcjach (nie mówiąc już horrorach), że takie rzeczy nie robią na mnie wrażenia ;)

2. Komu pierwszemu powiedziałaś, że prowadzisz bloga (o ile powiedziałaś)? 
 Sophijce (bo zakładałyśmy go razem :P)

3. Ruffian czy Secretariat? (musiałam xd) 
Ruffian ma przejmującą historię, ale ja jestem niewzruszona (coraz częściej to słyszę!), więc raczej Sekretarz.

4. Jaki film ostatnio oglądałaś? 
"Diana" z Naomi Watts. Takie tam (ale aktor przystojny ^^)

5. Jaką książkę obecnie czytasz? 
Niech się zastanowię...
- Pani Bovary Gustawa Flauberta (strasznie długo się rozkręca, ale się zawzięłam)
- Zamek Franza Kafki (dziwne, ale dobre)
- Pan Wołodyjowski (lektura)
- W poszukiwaniu utraconego czasu Marcela Prousta (długie, ale rewelacyjne!)
Chyba tyle.

6. Ulubiona firma modeli? 
Breyer

7. Jak myślisz, czy za rok będziesz dalej prowadziła tego bloga? 
Szczerze - nie mam pojęcia. Nie wiem, jak będę dawała sobie radę po czerwcu.

8. Co sądzisz o modelach AR? 
Patrząc na zdjęcia uważam, że są świetne, lepsze od tych masowo produkowanych (tylko cena, ach ta cena!), jednak pełną opinię wydam, jak przyjedzie do mnie moja AReczka.

9. Co sądzisz o customach? 
Mam 7 z czterech różnych źrodeł, więc mogę się wypowiadać. Cóż, sądzę, że (zwykle) są jednak ich malowanie jest zdecydowanie lepsze niż to, z jakim były na początku ( wyjątkiem są moje autorskie "syfki" :P). No ale wiadomo - żeby były dobre muszą być dobrze zrobione.

10. Dlaczego prowadzisz bloga na tej, a nie innej platformie? 
Została mi polecona.

11. Hobby oprócz modeli?
Czytanie, pływanie z monopłetwą, oglądanie seriali, pisanie psychicznych opowiadań pełnych krwi, składanie filmików, fotografia  itd itp...

Druga nominacja od Hirtlandzi Es.

1. Co Cię wciągnęło i dlaczego kolekcjonujesz modele, niekoniecznie koni ?
Już kiedyś o tym pisałam, ale napiszę jeszcze raz. Zaczęłam zbierać w 2009 roku. Wtedy za każdą lekcję znienawidzonej gry na pianinie dostawałam jednego Schleicha. Potem babcia przestała kupować figurki, a konie poszły na strych. Reaktywacja nastąpiła w maju 2012, kiedy znalazłam filmiki o Schleichach na YT.

2. Od kiedy i dlaczego prowadzisz bloga ?
Pierwszą notkę opublikowałam 13 lipca 2013 roku. Bloga prowadzę bo a) muszę mieć w swoim grafiku takie rzeczy, które zawsze robię ( pisanie notki weekend), b) dla zdrowia psychicznego muszę się "wypisać", c) mam nadzieję, że komuś czytanie mojej pisaniny sprawia przyjemność

3. Ulubione zwierzę prócz koni ? :P (możesz wymienić max. 5 ;p)
Tylko 5? Cóż:
- wszystkie walenie
- wszystkie sireny
- psy
- szczury
- tapiry <3

4. Czy jakbyś miał/miała możliwość spotkałabyś się ze mną ?
W sumie czemu nie?

5. Od kiedy kolekcjonujesz modele ?
Odsyłam do pierwszego pytania :)

6. Co sądzisz o moim blogu ? (musiałam xD)
Lubię go, jest na zdecydowanie lepszym poziomie niż "średni blog krajowy".

7. Ulubiona firma modeli ?
Breyer

8. O czym najbardziej lubisz czytać na blogach ?
Lubię ciekawe opowiadania (niekoniecznie o koniach), recenzje książek/filmów, sesje fotograficzne...

9. Ulubiony film/serial ? (wymień max.3)
To zbrodnia wymieniać tylko trzy! I 50 to mało!
- Sherlock BBC
- Wielki Gatsby
- Gra o tron

10. Ulubiony aktor/aktorka ?
Nie da się tak po prostu wybrać! Ale jest pewna pani, na której punkcie mam obsesję - Elizabeth Debicki. W Gatsbym nie mogę oderwać od niej oczu. Owszem, widziałam lepsze aktorki, ładniejsze kobiety, ale ona ma to COŚ!

11. Lubisz być nominowanym i ile razy byłeś/aś ? :)
.Lubię (byle nie zbyt często). Licząc te nominacje nominowana byłam siedem (lub więcej) razy.

Przejdźmy do tematu głównego. Dziś, jak już mówiłam, nietypowo - opis klaczy, która przyjechała do mnie ponad dwa lata temu. Trzeba przyznać, że jej zakup był przedsięwzięciem dość ryzykownym ( sprowadzona wprost z US wraz z Jesterem i Little Texasem), ale ani przez chwilę nie tego nie żałowałam. Zresztą, zaraz sami zobaczycie, że była warta wydanych na nią pieniędzy! Przed Wami Sunny!


Sunny jako jedna z pięciu wersji malowania na moldzie Weather Girl (autorstwa Brigitte Eberl) była częścią programu "Treasure Hunt", który odbywał się w 2011 roku. Należało zebrać 3 figurki ( wszystkie na tym moldzie), aby czwartą ( dalej ten sam mold) otrzymać za darmo. Po zakończeniu akcji mold został wycofany aż do 2016 roku.


Zawsze uwielbiałam arabki pani Eberl, a Sunny jest moim zdaniem jednym z najlepszych dzieł, jakie wykonała dla Breyera. Rzeźba jest boska! Osobiście ( nie jestem ekspertem) nie widzę absolutnie żadnych błędów anatomicznych! Proporcje są wręcz idealne. Niektórym może przeszkadzać dość mocny rysunek mięśni, ale IMHO sprawia on, że model jest bardzo naturalny. Nie brakuje też tak uwielbianych przeze mnie fałdek, zmarszczek i żyłek. Szczególnie dokładnie wykonano głowę i bardzo umięśnione nóżki ( mnie najbardziej wzruszają drobne zmarszczenia na wyciągniętej nodze). Oczywiście nie brakuje kasztanów, strzałek na wszystkich kopytach, a także, co rzadkie, zaznaczonych sutków i podogonia. Co ciekawe, klacz ma bardzo duży brzuch, przez co sprawia wrażenie źrebnej.



Szczególnie dokładnie wykonano głowę i bardzo umięśnione nóżki ( mnie najbardziej wzruszają drobne zmarszczenia na wyciągniętej nodze). Oczywiście nie brakuje kasztanów, strzałek na wszystkich kopytach, a także, co rzadkie, zaznaczonych sutków i podogonia. Co ciekawe, klacz ma bardzo duży brzuch, przez co sprawia wrażenie źrebnej.



Koń przedstawiony jest w lekkim, pełnym gracji kłusie. Ogon i grzywa są rozwiane, lecz mimo specyficznej pozy wyglądają naturalnie.  Uwielbiam jej ruchliwe uszy i głębokie spojrzenie. 



Mimo wyjątkowo "arabskiej" budowy Sunny nie może być wystawiana w pokazach koni arabskich -dyskwalifikuje ją nieprzepisowa maść.


Co do umaszczenia - malowanie ( jak na model OF) jest również bardzo udane. Jej izabelowaty odcień mam delikatny poblask, który wbrew pozorom nie sprawia wrażenia sztucznego. Grzywa, odmiany i ogon to czysta, niczym niepomalowana masa. Najlepiej pomalowano oczy - białka mają piękny, jasnoróżowy odcień


Podsumowując - model jest według mnie jednym z najlepszych Tradów oferowanych przez firmę Breyer. Uroda Słoneczka jest wprost niesamowita i mimo upływu czasu nie przestała mnie zachwycać! Powiedziałabym, że polecam jej zakup, ale.... No właśnie, Weather Girls kosztują dziś około 300 zł i co gorsze bardzo trudno je dostać. Moim zdaniem bardziej opłaca się poczekać do końca roku i kupić ten cudny mold w normalnej cenie. ( Od razu jednak ostrzegam - dziewczyna robi w stadzie zamieszanie porównywalne do tego, które powstało po przybyciu Wenus na Olimp).


( Little Texas z panią swego serca)

Co do zdjęć - mam mnóstwo ujęć Sunny z 2012 roku i to one miały być wykorzystane w tym poście. Jednego, po ich oglądnięciu stwierdziłam, że poziom moich fotografii bardzo się zmienił i lepiej będzie jak skorzystam z pięknej pogody i zrobię nową sesję ;)

Na dziś to tyle - muszę wreszcie zacząć pakować się na jutrzejszą wycieczkę.
Miłego tygodnia!
M

20 kwietnia 2015

Rozdział XIII

Witajcie!

Czuję się straszliwie "przeczołgana" przez ostatni tydzień, a Wy?
Po pierwsze, jak to ja dopiero tydzień przed zajęłam się nauką na ostatni etap konkursu "Losy Żołnierza...". Widać pięć lat doświadczeń nie zdołało mnie nauczyć systematyczności :P Już w środę przeklinałam Jagiellonów nazywając biedaków "szatankami". Sam konkurs okazał się dość prosty, jednak pisząc byłam tak makabrycznie zmęczona, że chyba wszystko pomieszałam :/
Ale przynajmniej dowiedziałam się o wielbłądzie Mieszka I, moście pontonowym Krzywoustego i kilku innych ciekawych epizodach. Cóż, Polacy zawsze rozmach mieli!

W poniedziałek dotarła do mnie straszna informacja. Nie żyje Tereska, manat z Wrocławia. Okazała się być o 18 lat starsza niż przewidywano. Widziałam ją trzy tygodnie temu i faktycznie coś mi się nie podobało w jej zachowaniu, ale nie myślałam, że tak to się skończy....


Ale kilka miłych chwil także się znalazło. Po pierwsze zamówiłam ARkę (szczegółów póki co nie podam)!!! Wreszcie zobaczę na własne oczy to, czym zachwyca się tak wielu.

Po drugie, dziękuję Wam bardzo za tak miły odzew w komentarzach! Naprawdę poprawiło mi to humor i pomogło przetrwać ciężkie chwile!

A niestety jestem zmuszona trochę popisać. Nawet więcej niż trochę. Oprócz tego rozdziału  jeszcze opowiadanie na konkurs i rozpraweczka. Na samą myśl robi mi się niedobrze :P Czasami zupełnie nie mam ochoty na pisanie i coś mi się wydaje, że teraz właśnie jest czas. Cóż, następny tydzień mimo trzech wolnych dni (egzaminy gimnazjalne) zapowiada się podobnie do mijającego. Ale tymczasem zapraszam na rozdział!

( Nie jestem z niego specjalnie zadowolona i  jest "urwany" w głupim momencie, ale niestety zaraz muszę wracać do szkoły :/)


- Poczekaj chwilkę, postaram się zrobić herbatę, a potem porozmawiamy. – rzekł, pomagając jej zdjąć sweterek.
Jego nowe lokum bardzo przypominało to, w którym mieszkał przed wojną. No tak, przecież tamto mieściło się zaledwie kilka przecznic stąd! Przypomniała wszystkie szalone przyjęcia, które miały tam miejsce. Potem wróciła myślami do nędznych szczątków kamienicy widzianych godzinę temu w tamtym miejscu…

Nie czekając na zaproszenie udała się do salonu. Mieszkanie okazało się jednak zdecydowanie biedniejsze niż się spodziewała. Wszystkie piękne meble, cenne obrazy, książki, które posiadała rodzina Adama gdzieś zniknęły. Ostała się jedynie orzechowa komoda, obecnie dosyć zniszczona. Tak jak zawsze stały na niej ramki ze zdjęciami.

Podeszła do nich i wzięła do ręki pierwszą z lewej. Widniała na niej cała ich "banda", jak zwykle ich nazywano. Trzy roześmiane dziewczęta i trzech chłopców.
 Nagle na wizerunek wesołej brunetki ściskającej za szyję równie radosnego blondyna spadła łza.
Fotografia została wykonana zaledwie rok temu, jednak Zosi wydawało się, że wszystkie te szalone zabawy odbywały się w innym wcieleniu.

Na dźwięk kroków swego towarzysza szybko otarła łzy i zajęła miejsce przy małym, żeliwnym stoliku
Zapadła chwilowa cisza, którą wreszcie zdecydowała się przerwać.
- Więc… - zaczęła – twoja ciocia i siostry mają się dobrze, prawda?
- Mam taką nadzieję… - rzekł niepewnie, starając się jednak nadać swemu głosowi beztroskie brzmienie. – Wiesz, są Żydówkami, a Niemcy nie lubią Żydów. Mieszkają teraz na poczcie. Choć raczej trudno nazwać to mieszkaniem. Oczywiście przesiedlili nas hitlerowcy – ich tam, a mnie tutaj. Nie wiem, czy zauważyłaś, ale z naszego poprzedniego domu mało co zostało. Staram się im jakoś pomagać, ale są dobrze pilnowani. Sam cudem uniknąłem aresztowania.

Znowu nastało milczenie, przerywane tylko tykaniem ściennego zegara.
Tym razem to chłopak odezwał się jako pierwszy.
- A ty właściwie co tu tutaj robisz? – zapytał. – Tak nagle zniknęłaś! Wszyscy myśleli, że zginęłaś jeszcze we wrześniu! Dlaczego się nie odzywałaś?
- Nie miałam ku temu warunków. Napisałam tylko kilka listów do mamy, jednak nie wiem czy do niej dotarły.
- Niestety, zarówno twojej mamy jak i Heli nie widziano ani razu od czasu wybuchu wojny. Sądziliśmy, że całą waszą trójkę spotkał ten sam los.
- Boże, nie! Rozstałam się z nimi pierwszego września! – w jej oczach pojawił się paniczny strach. – Potem natychmiast popłynęłam do Gdańska, a później udało mi się przedostać do Londynu… Przecież one miały jechać do bezpiecznej Warszawy, gdzie czekał na nie rządowy transport do Ameryki.
- Nigdy nie było takiego transportu. Był tylko pomysłem polskiego rządu, który nigdy nie miał szans powodzenia.
- Proszę?! Chcesz mi powiedzieć, że ja bezpiecznie siedziałam we Francji, a potem na garnuszku u  Churchilla  podczas gdy one tułały się po ogarniętym wojną kraju?!
Teraz to on o mało nie umarł z powodu nagłego szoku.
- Znasz Churchilla?! – zapytał z niedowierzaniem, bliski zakrztuszenia się herbatą.
- Tak. – odparła beznamiętnie. – Co ja najlepszego zrobiłam?
Następne dwie godziny spędziła czując jego opiekuńcze ramię na swoich barkach. Na zmianę cichła i opowiadała.
- Nie wiem już, kim tak naprawdę jestem… - westchnęła kończąc.
Adam odgarnął opadające jej na oczy niesforne kosmyki.
- Głuptasie! Jesteś niesamowita! Dzięki Tobie wygralibyśmy w tą wojnę! – zakrzyknął, gwałtownie wstając. Po chwili jednak znów usiadł. – Ale… Nie, to niemożliwe.
- Co jest niemożliwe? – w Zofię znowu wstąpił patriotyczny, szalony duch. – Chcę walczyć! Niech Niemcy mnie zabiją! Nie mam już nic do stracenia! Wszyscy, których kochałam nie żyją!
Gdy wypowiadała te słowa po twarzy blondyna przebiegł grymas bezbrzeżnego smutku. Ona jednak tego nie zauważyła.
- Nie możesz! To zbyt niebezpieczne!
- Dlaczego? Jeśli pani wyraża taką chęć to nie można jej powstrzymywać. – usłyszeli za sobą piękny, głęboki głos.

Na dziś to tyle.
Powodzenia na egzaminach :)
M

12 kwietnia 2015

(Almost)Corky Month

Cześć wszystkim!

Dzisiaj post króciutka, bo jestem potwornie zabiegana (jak pewnie większość z Was). Mimo mocnego postanowienia poprawy po całkowicie przespanej (po 12 godzin dziennie :P) Wielkanocy piękna pogoda kusiła mnie zbyt mocno i część soboty spędziłam na tradycyjnej wiosennej sesji :


Osobiście uważam, że wszystko wyszło całkiem nieźle.

Bardzo cieszę się z ogromnej liczby wyświetleń ostatniej notki (od tygodnia codziennie ponad 100 odsłon!). Martwi mnie tylko mała liczba komentarzy. Jeśli czytacie moje posty, to z szacunku dla mojej pracy zostawcie kilka słów (oczywiście, jeśli macie czas ;). Będzie mi bardzo miło.
Dziękuję natomiast tym, którzy podzielili się swoją opinią :* To wiele dla mnie znaczy!

Ostatnio właśnie coraz mniej osób ma ochotę na kontakt ze mną ;/ Niestety, wszystko wskazuje na to, że znowu wpadłam w swoje "bagienko". Tym razem objawia się jeszcze większą aspołecznością. Takie stany są u mnie normalne, jednak boję się, że niektórych może to ranić.

Przejdźmy do wstępu zanim się rozgadam xD.
Dziś kilka słów na temat najstarszej orki w niewoli - Corky II. W marcu obchodzono 'Corky Month' - miesiąc upamiętnienia Koreczka (jej pieszczotliwe przezwisko nadane przez polskich fanów ;).


Podstawowe informacje:
Płeć - samica
Rodzice - Stripe (A-25)* i NN
Data urodzenia - 1964
Miejsce urodzenia - okolice Kolumbii Brytyskiej
Miejsce przebywania - Seaworld San Diego

Jej życie nie było łatwe. Urodzona prawdopodobnie w 1964 roku jako członkini klanu A straciła wolność w wieku pięciu lat. 21 grudnia 1969 sześć najmłodszych osobników z jej stada zostało złapanych i powiezionych w nieznane, opuszczając na zawsze zrozpaczone i ogłuszone rodziny. Trzy z nich ( Patches*, Corky II i nienazwany samiec) trafiły do Marineland of the Pacific w Kalifornii, gdzie dołączyły samca Orky II* i samicy Corky I*. Wkrótce większość zwierząt padła. Zostali tylko Orky II* i Corky II. Stali się sławni na cały świat. 28 lutego 1977 narodziła się pierwsza w niewoli orka. Narodziny samczyka były kompletnym zaskoczeniem dla personelu. Niestety, młody był upośledzony i nie potrafił ssać. Odszedł po 16 dniach. Rok później na świat przyszedł drugi syn pary, Spooky*. On również nie miał szczęścia. Z powodu wad konstrukcyjnych zbiornika został dosłownie zgnieciony przez ojca. Zmarł wkrótce potem. Podobny los spotkał jego siostrę Kivę*. Malutka przeżyła 46 dni. Czwarte dziecko Corky miało wadę mózgu. Żyło 12 dni. Następna ciąża nieszczęśliwej matki zakończyła się poronieniem. Niedługo potem Orky'ego i Corky zakupił Seaworld. Zostali wysłani do San Diego, gdzie samica doświadczyła jeszcze jednej starty ciąży. 


W nowym parku Corkster (amerykańskie przezwisko) spotkała inną samicę, Kandu V*. Nienawidziły się. 21 sierpnia 1989 roku Kandu zaatakowała Corky. Siła uderzenia była tak wielka, że Kandu złamała sobie szczękę, uszkodziła arterię i w ciągu niespełna godziny wykrwawiła się na śmierć, osierocając 11-miesięczną Orkid. Corky, która podczas tego zdarzenia straciła sprawność lewego oka zaopiekowała się sierotą. Zresztą matkowała wielu młodym orkom, przekładając na wszystkie cielaki w okolicy  niezaspokojony instynkt macierzyński. Dobrze dogaduje się ze wszystkimi orkami oprócz Ulisesa. Sporadycznie zdarzają jej się sprzeczki z dominującą Kasatką, jednak dzięki jej przybranej córce Orkid wychodzi z nich bez szwanku. Gdy do San Diego przyjeżdża nowa orka, Corks jest pierwszym osobnikiem z którym trenerzy łączą przybysza. To ona niejako przedstawia nowego innym. Również dla ludzi jest bardzo delikatna. Uwielbia swoich treserów, a za czasów prac w wodzie była bardzo często wykorzystywana do szkoleń początkujących. Za jej uroczy charakter kochają ją także goście parku.

Bardzo łatwo ją rozpoznać. To jedna z największych samic w niewoli, posiadająca dużą, prostą płetwę grzbietową. Ma bardzo charakterystyczny kształt plamek ocznych, z długimi "czubkami" z przodu. W przerwach między pokazami lubi pływać "do góry nogami".


zdjęcia - orcahome.de

Filmik będzie... za jakiś czas.

Tymczasem lecę - mam jeszcze tyle do zrobienia!!
Trzymajcie się :)
M